30-336 KRAKÓW, ul. Królewska 94
tel./fax 012 636-85-84
konto : ING Bank Śląski 68 1050 1445 1000 0022 7938 9890

strona główna Kwartalnik


 
Kwartalnik Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych ISSN 1426-6628 Nr 1 (33) 2008
 

Na okładce:

NAGRODY PONAD REGULAMINOWE


 

Od lat, a właściwie od początku towarzyszę konkursom organizowanym przez Fundację Sztuki Osób Niepełnosprawnych. Zasadą każdego konkursu jest rywalizacja uczestników, a właściwie tego, co powstało dzięki ich aktywności w danej dziedzinie, a także obiektywna ocena jury, nagradzanie zwycięzców i publiczna prezentacja owoców imprezy.
 
Z kolei, w gestii organizatorów leży między innymi zapewnienie atrakcyjnych i wartościowych nagród. I nie idzie tu bynajmniej o ich wartość materialną, zwłaszcza w artystycznym współzawodnictwie. Dowiodła tego wieloletnia już praktyka, bowiem na przykład plastykom najbardziej zależy na tym, by ich prace zawisły na ścianach muzeów, bądź renomowanych, licznie odwiedzanych galerii, aby znalazły miejsce na kartach efektownych albumów, zaś literatom - by ich literackie twory wydano drukiem i rozpowszechniono tak, aby w końcowym efekcie dotarły nawet pod przysłowiowe strzechy.
 
Często zdarzało się i jest tak nadal, że ilość wartościowych prac konkursowych znacznie przewyższa regulaminową liczbę nagród i wyróżnień. Doświadczenie to zrodziło w Fundacji ideę, która wyraziła się formułą kwartalnika SŁOWEM I KSZTAŁTEM. Otóż naczelną zasadą jest publikacja (na możliwie najwyższym poziomie poligraficznym) utworów poetyckich i prozy oraz prac plastycznych autorów niepełnosprawnych, prezentujących w głównej mierze dorobek organizowanych konkursów.
 
Kolejnym założeniem było dotarcie do jak najszerszego kręgu odbiorców. Udało się to osiągnąć dzięki bezpłatnej dystrybucji pisma.
 
W 2007 roku ogromnym powodzeniem cieszył się konkurs plastyczny poświęcony Stanisławowi Wyspiańskiemu. Napłynęła rekordowa ilość prac, zdaniem jury w dużej części na wysokim poziomie artystycznym. Podobnie, ubiegłoroczny konkurs literacki przyniósł obfity plon. To wydanie kwartalnika, podobnie jak i poprzednie kontynuuje pokłosie tamtych wydarzeń. Jesteśmy niezmiernie radzi się mogąc w ten sposób nagrodzić kolejną grupę twórców.
 
Numer ten wydajemy u progu nowych tegorocznych imprez, z których wymienię choćby kolejną edycję Międzynarodowego Biennale Sztuk Plastycznych Osób Niepełno-sprawnych oraz wiele letnich wydarzeń plenerowych (m. in. Tydzień Kocham Kraków z wzajemnością), dodatkowo inspirujących twórczą wenę. Zanosi się więc na to, że wydając kolejne numery pisma będziemy mieć "klęskę obfitości" materiałów wartych opublikowania. Życzę Fundacji, członkom zespołu redakcyjnego i Czytelnikom, żeby był to kłopot jedyny...

Redaktor

UWAGA
Wszystkie zamieszczone w tekstach ilustracje można powiększyć klikając na nie


Spis treści:

Agnieszka Polityka - NIBY-BAJKA Z OKIEM
Bronisława Mesterhazy-Okopińska - wiersze
Alicja Nyziak - Dwie odsłony z życia wzięte
Janina Filip - wiersze
Bernadetta Dudka - wiersze
Janina Miecznik - wiersze
Wiesława Buczulińska - Powrót
Bogusława Ochnio - wiersz
Lucyna Zagdan - wiersze
Małgorzata Kaszyńska - wiersze
Katarzyna Bieniek - PRZEZ GÓRY I LASY YUKONU - DZIENNIK CONSTABLA RENFILDA MACGREGORA
Marta Dąbkowska - wiersz
Janusz Grabias - wiersze
Waldemar Konopa - wiersze
Dawid Kupiec - wiersz
Jurata Bogna Serafińska - wiersze
Barbara Kaczmarczyk - wiersze
Teresa Niezgodzka - wiersze
Paweł Kękuś - " Nauka jazdy " mniej więcej na nartach
Aleksandra Ochmańska - wiersz
Lech Stanisław Borucki - wiersz
Jadwiga Maryon - Europa daje szansę uzdolnionej młodzieży
Marianna Machlowska - wiersz
Krystyna Rożnowska - wiersz
Ludmiła Raźniak - wiersz
Ewa Borowiejska - wiersze
Agata Łaska - PIELGRZYMKA
Krystyna Szpiech - wiersze
LISTY

Galeria kwartalnika


powrót do spisu treści


Agnieszka Polityka

NIBY-BAJKA Z OKIEM

Było sobie Oko. Oko jakich wiele, ale ono żyło samotnie. W swych niezliczonych wędrówkach poznawało otaczający świat. Robiło to za pomocą zielonej źrenicy. W dzieciństwie często zaglądało w twarz słońcu, podziwiało grzbiet fal morskich, przechadzało się Morskim Okiem, dotykało swym spojrzeniem miękkiej sierści Puca i Bursztyna. Najbardziej lubiło podziwiać piękno tęczy. Jej kolory odbijały się czasem w bańkach mydlanych puszczanych przez dzieci. Jednak w miarę upływu czasu Oko musiało zmienić kierunek i sposób patrzenia. Kiedy inne pary oczu zaglądały w ludzkie okna, kieszenie, a nawet talerze, ono stawało się świadkiem ludzkich dramatów. Coraz częściej musiało pilnować, by kruk krukowi oka nie wykolił. Najbardziej bolało go ludzkie odrzucenie i nieumiejętność okazywania uczuć. Widziało młode kobiety szlochające spazmatycznie, choć w ukryciu, bo kochany mężczyzna znów zniknął z oczu. Najbardziej bolała go samotność dzieci. Większość z nich miała na oko normalne, zwykłe rodziny- mamusię, tatusia, babcię. Rodzice dbali o dzieci - to znaczy kupowali im pluszowe misie z oczami w kolorze miodu, lalki mrugające oczami, oraz liczydła, aby nauczyły się liczyć same na siebie. Pewnie dlatego dzieci były wciąż smutne. Oko czasami zakradało się do ich domów i co widziało? Rodzice nie przytulali dzieci, nie bawili się z nimi w pociąg, ani w chowanego. Nie chcieli słyszeć o kółku graniastym ani lepieniu bałwana. Oko zastanawiało się dlaczego. Nie mogło ono przejrzeć tych dziwnych istot o poważnych obliczach, z teczkami pod pachą, które wiecznie gdzieś spieszyły pochłonięte własnymi sprawami, zostawiający na łaskę i niełaskę losu swoje dzieci. Nie wszystko było w zasięgu poznania Oka. Z bezsilności czuło się ono zmęczone i chore. Drażniły go niezrozumiałe uwagi o tym, że czego ono nie widzi, tego sercu nie żal. Oko nie dopuszczało myśli, ze może nie widzieć wszystkiego. Chciało być wszechmocne. Niczym Oko Boga. Oko chciało widzieć jak najwięcej. Po to przecież istniało. Oko nie lubiło zagadek. Przypatrywało się każdemu szczegółowi i często traciło z oczu całość. Złościła go ta dopadająca niedyspozycja. Jakiś cień przysłaniał mu widok i przyprawiał o zaciskanie powieki. Oko stawało się nie tylko coraz słabsze. Było też coraz smutniejsze. Jego smutek przyprawiał o łzy. Łzy miały smak piołunu i zamazywały obraz świata. Oko zdawało sobie sprawę, że stanowi ciężar dla swej właścicielki, że swoimi rozterkami przysparza jej trosk. A przecież właścicielka dbała o nie jak mogła. Nie pozwalała się przepracowywać, nawilżała, osłaniała. Kupiła mu nawet różowe okulary. Wszystko na nic. I oto pewna okoliczność sprawiła, że Oko odwróciło uwagę od swej niedoskonałości i zajęło się nie tyle wyjaśnianiem, co ulepszaniem świata. Otóż któregoś dnia obudziło się Oko bardzo rozdygotane. Śniło mu się, że świat stracił barwy. Zatrwożyło się, że to sen proroczy. Zastanawiało się, czy da się uniknąć tej katastrofy. Myślało, myślało. Wiele bezsennych nocy spędziło Oko ze swoją Zieloną Źrenicą na ponurych rozmyślaniach. Ze strachem zauważyło, że i kolor Źrenicy wypłowiał. Oko z rezygnacją popatrzyło na jej pistacjowe lica i rozpłakało się jak dziecko. -Nie płacz, odpocznij, jutro coś wymyślimy- zdawała się mówić zmęczona źrenica. Dobrze - skwapliwie zgodziło się Oko, ale zaraz przypomniało sobie o czymś i zaczęło prawie bezgłośnie poruszać ustami. Wyglądało to dość tajemniczo. Oko szepczące jakieś zaklęcia, mające uchronić od zagłady kolory. Nie, oko nie traciło czasu na magię. Modliło się. Po raz pierwszy. Modliło się do Oka Opatrzności o ratunek dla kolorów. Po kwadransie zasnęło błogim snem kamienia. Oko Opatrzności nie dało lekarstwa. Wydało tylko receptę. Zielone Oko zrozumiało, że nie da się działać w pojedynkę. Nie wiedziało jeszcze w jaki sposób odświeżyć stare znajomości. Jednak pomysł nasunął się sam. Wkrótce zbliżały się jego kolejne Urodziny. Oko uznało, że czas wyprawić je hucznie. Zaprosiło zatem wiele par oczu, oczywiście wraz z ich właścicielami. Przybyli z całej krainy. Zaopatrzeni w niebieskie, zielone, brązowe i popielate źrenice. Większość kolegów była w parach. Oko też niebawem spotkało swego towarzysza i nareszcie zrozumiało sens powiedzenia- "co dwoje oczu, to nie jedno". Party upływało w radosnej atmosferze koloru pomarańczy, bo miło spotkać się po latach. Lecz jak wszystko co dobre, szybko się kończy- tak i przyjęcie dobiegło końca. I wtedy Oko poprosiło o pomoc w... myciu kolorów, po to aby usunąć kurz osiadły wokół. Pomysł zdziwił, ale spotkał się z aprobatą, bo czyż można odmówić jubilatowi? Szorowano i pucowano kolory naczyń, garnków, parasolek, sukien, krawatów, dywanów, doniczek. Przywracano nawet barwy kwiatom. Wkrótce kolory znów przyciągały oczy swoją świeżością i soczystością. Zaproszeni goście podjęli się rozpowszechnić zwyczaj mycia kolorów nie tylko w domach swych właścicieli, ale wśród przyjaciół i znajomych. Miało to być przedsięwzięcie działające na zasadzie łańcuszka szczęścia. Zdawali oni sobie jednak sprawę, że stan czystych kolorów nie potrwa długo i że w gruncie rzeczy jest on tylko pozorny. Za najważniejszą sprawę uznali wyczyszczenie ocznych wnętrz - przysłowiowego Dna Oka. Usuwanie drzazg tkwiących w bliskich oczach i wyrywanie belek z wnętrz własnych to już znacznie większe wyzwanie.

Czym skończy się ta bajka, zależy od czystości Twojego Oka...


powrót do spisu treści


Bronisława Mesterhazy-Okopińska

Pegaz

          Zostaw mi swoje oczy -
          Dziś tak ciemno i smutno,
          słowa płaczą
          w nieskończonym wierszu.

          I zostaw
          swój cień skrzydlaty,
          może natchnienie powróci
          na skrzydłach myśli.



 
Na cmentarzu
          Od dawna nie było tu nikogo,
          bo i po co?
          Przecież nikt nie sprawi
          by na kamieniu zakwitły kwiaty.

          Tylko ja
          wieczorem stojąc przy grobie
          wyobrażam sobie, że
          zakwitły chryzantemy, które
          kiedyś tak bardzo lubiliśmy,
          lecz trudno je dotknąć
          w pamięci.

           


powrót do spisu treści


Alicja Nyziak

Dwie odsłony z życia wzięte

Odsłona I

Henia i Gienek wiedli życie bardzo ustabilizowane. Kiedyś strumień ich energii życiowej płynął wartko, teraz natężenie energii witalnej było znacznie słabsze. Zresztą jak sami już dawno stwierdzili, obecne czasy nie dla nich. Wszyscy gdzieś się śpieszą, nie mają czasu żeby, choć na chwilę zatrzymać się i pogodać. v
Jak, to jest? Zastanawiał się często Gienek.
Kiedyś ludzie nie mieli telefonów komórkowych, taki stacjonarny był jeden na całą wieś. Samochodów też nie było, a czasu mieli znacznie więcej. A teraz lotają jak nakręcone bąki, do telefonu, godają nawet jak idą ulicą, kupry wiozą nie tylko do miasta, ale także te sto - dwieście metrów po sąsiedzku. Jak, to jest - dziwował się niepomiernie. Oj, stare my, to i młodych nie rozumiemy tłumaczyła mu Henia. Bojąc się, aby od takiego ogólnego rozważania nie przemaszerował do ich synów. A wtedy zacinał się niczym stary rower i łańcuch gniewu oraz bezsilności skrzypiał melodię trudną do zniesienia. Mieli ich dwóch, ale żaden nie chciał zostać na ojcowiźnie. Obaj dali dyla do miasta. Nawet do starych rodziców nie mieli czasu przyjechać. Parzyła ich ta wieś, niczym pokrzywy w gołe pięty. A ziemia leżała odłogiem i marniała. Większą część sprzedali, bo synowie woleli gotówkę. To, co pozostało puścili sąsiadowi w dzierżawę. Spojrzała dyskretnie na męża i zobaczyła, że już, już za chwilę ruszy lawina naszpikowana ostrymi odłamkami żalu i goryczy.
- Wziąłbyś laskę i poszedł dołożyć do pieca, bo zimno, zamiast oplatać.
Gienek zerknął na żonę spod krzaczastych, siwych brwi i mruknął coś pod nosem. Chciał się jeszcze po swarzyć z żoną, ale widząc jej przygarbione plecy, machnął ręką i pokuśtykał do klapy piwnicznej. Otwieranie jej przychodziło mu z coraz większym trudem. Uświadamiał sobie, że kiedyś przecież tak nie było. Teraz ta niby nie skomplikowana czynność wymagała od niego coraz więcej siły. Już, już miał zejść do piwniczki, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi.
- Stary otwórz, bo ja mam brudne ręce, zawołała Henia.
Mamrocząc komentarz, że stary, to pies. Zawrócił do drzwi, pogadał chwilę z sąsiadem. Po czym podreptał żeby otworzyć piwniczkę. Nim uświadomił sobie, że już to zrobił, dał o jeden krok za daleko i... Henia usłyszała krzyk i rumor spadającego w dół ciała.
- Jezus, Maria Gienek!

Odsłona II

Szła szpitalnym korytarzem. W wieczornej ciszy oddziału jej człapanie rozlegało się jak głośne plaśnięcia. Zaglądała do każdej mijanej sali, sprawdzając czy nie ma tam Gienka. Człap, człap plaskały jej kapcie o posadzkę, a może raczej jej stare, zmęczone nogi nie miały już siły, aby dziarsko maszerować. Zajrzała do ostatniej sali, na końcu oddziału i zobaczyła go. leżał na jakimś dziwnym łóżku, noga była przywiązana do krawędzi łóżka i obciążona jakimiś krążkami. Matko Boska - wyrwało się jej na widok tego wszystkiego.
- Boże kochany, co oni z tobą zrobili?
W odpowiedzi usłyszała ciche pytanie - Heniuchna, to ty?
- Pewnie, że ja, kto by inny za tobą tu się tłukł. Potrzeba ci co?
- Nie, tylko tak mnie boli i jakoś mi niedobrze. Oj, pewnie wywiozą mnie stąd nogami do przodu!
Wystraszona tymi słowami oraz bladością i słabym głosem męża, zebrała się na odwagę i podreptała do pielęgniarek. W odpowiedzi na prośbę o tabletkę przeciwbólową, spadła na nią lodowata tyrada słów, z ust pielęgniarki. Oczy w młodej, okrągłej twarzy patrzyły na nią ze znudzeniem i zniecierpliwieniem. Potulnie wycofała się, pod uderzeniem tego smagającego spojrzenia, gonił ją komentarz
- kolejny, stary dziadek, co marudzi!
Usiadła cichutko przy łóżku, wzięła Gienka za rękę i tak trwała. Nie zwracała uwagi na przemykające drobiny czasu, ale kiedy znalazła się przed budynkiem szpitala, dookoła panowała kojąca cisza, a na postoju taxi stała jedna, jedyna taksówka jakby czekając właśnie na nią. Świat był otulony łagodną, aksamitną sennością. Zapukała w szybę taksówki, wyrywając kierowcę z delikatnych objęć Morfeusza. Na jej widok lekko uśmiechnął się w sennym rozmarzeni. Ten życzliwy uśmiech sprawił, ze łzy pociekły po starych, pomarszczonych policzkach.

Rankiem jej człapiące kroki zginęły w szumie i gwarze życia oddziału ortopedycznego. Kiedy weszła na salę Gienka, wszystko było tak samo jak poprzedniego wieczoru. Tylko na stoliku, daleko od leżącego stało nietknięte śniadanie. Zimna zupa mleczna, przyodziana w szaro-siny kożuch. Podobny straszył na powierzchni kawy. Tylko pieczywo zachowało jeszcze świeże oblicze. Stała i patrzyła na ten obraz ignorancji wobec chorego człowieka. Kiedy do sali wpadła pielęgniarka i ucieszona jej widokiem bardziej stwierdziła, niż spytała.
- Ooo jak dobrze, że ktoś z rodziny jest, to dziadka nakarmi.
I nie czekając na odpowiedź już zabierała się do odejścia. Gdy Henia zauważyła,
- ale to wszystko jest zimne.
Służbowy uśmiech błyskawicznie przeistoczył się w grymas złości. Posypały się na nią słowa jak kule gradowe.
- A co pani myśli, że my nie mamy, co robić. Nie on jeden do nakarmienia. A tak w ogóle, to powinna pani przychodzić wcześniej, a teraz to proszę mieć pretensje do siebie. Na słowa obrony, że nie ma czym dojechać. Popatrzyła obojętnie i wzruszyła ramionami. Stwierdzając, że to już nie jej problem. One się nie rozdwoją, pacjentów do nakarmienia dużo tak, więc najwyżej będzie dziadek jadł zimne. Jak tu karmić - zastanawiała się głośno Henia.
. - Przecież nawet nie masz jak się biedaku napić.
Stała tak bezradnie i czuła, że za chwilę dwa jeziora pod jej powiekami wystąpią z brzegów. Głośny komentarz pielęgniarki sprawił. Że na salę zajrzała młoda kobieta. Widząc rozpacz i bezradność malującą się na twarzy starszej kobiety wycofała się z sali. Jednak tylko po to, aby za chwilę wrócić niosąc słomkę Pomogę pani powiedziała i uśmiechnęła się łagodnie. Ten uśmiech drugiego człowieka był jak promyk słońca, który sprawia, ze w ponurości szarzyzny pojawiają się złociste muśnięcia. Gienek pił łapczywie niczym zwierze na pustyni, które po długiej wędrówce znalazło oazę z jeziorem i chce się napić nie tylko do syta, ale i na zapas. Jadł nie wiele, bo leżąca pozycja utrudniała mu przełykanie. Henia bała się go ruszać, bo niechby się jeszcze coś stało. Skoro pielęgniarki nie podniosły zagłówka, to widocznie nie wolno. Próbowała się od niego dowiedzieć, co powiedział lekarz na obchodzie? Gienek jednak uparcie powtarzał, jaki obchód, tu nikogo nie było.
- Kobieto tsza obiad gotować. Idź, idź zawołaj chłopców, siano tsza zwozić.
Oj, coś mu się wydaje, może upadając uderzył się w głowę zastanawiała się. Pewnie należało iść do pielęgniarek i zapytać, jednak ta perspektywa przerażała ją. Usiadła, więc przy łóżku i próbowała ulżyć jego cierpieniu przemawiając łagodnie i tłumacząc mu gdzie jest. Gienek jednak albo przysypiał, albo niczym zdarta płyta grał tą samą melodię pytań
- Gdzie ja jestem, co ja tu robię?
- Kiedy przyjdą chłopcy?
- Gdzie moje odzienie?
- Do gminy tsza jechać.
Odpowiadała spokojnie, z cierpliwością na te powtarzające się pytania. Jednocześnie zaczynała się niepokoić coraz bardziej. Sklerozę miał, to fakt, ale żeby taką, to nie. A teraz wyglądało, że myśli uciekają mu i powstaje pustka, niczym czarne dziurska. Tylko, kiedy mówiła o synach, uciekała spojrzeniem w bok. Nigdy nie umiała kłamać, ale cóż miała mu powiedzieć - prawdę? Nie, tego nie była w stanie zrobić. Kiedy zadzwoniła do nich, najpierw każdy się ucieszył. Natychmiast zaczynał opowiadać z ożywieniem o sobie. Słowa spadały jak gwiazdy, które cieszą oko, ale są zimne i dalekie. Kiedy w końcu przebiła się przez tą pustą tyradę słów i powiedziała, co się stało. Zapadało w słuchawce głuche milczenie. Potem delikatne sondowanie gruntu, czy uda się jakoś sprawę zbagatelizować i stosując ciężką artylerię argumentów uniknąć konieczności przyjazdu.
- Mama wie ile jest pilnych spraw do załatwienia, a jak ojciec leży w szpitalu, to opiekę ma super. I tak nic więcej tutaj nie poradzę, a jechać tylko po to żeby posiedzieć chwilę przy nim - nie ma sensu. No niech mama sama powie!
Jak echo brzmiały te same słowa w obu rozmowach. Obaj zapewnili ją, że jak tylko... to przyjadą. Znała dobrze, to jak tylko! Zrozumiała, że nawet w tej trudnej sytuacji, jaka zaistniała synowie założyli białe rękawiczki obojętności i pozostawili ją samą. Z trudem podniosła się z krzesełka i zebrawszy całą odwagę poszła do dyżurki pielęgniarek. Nieśmiało zaczepiła jedną z nich pytając o stan zdrowia męża. Nie wie, że my nie możemy udzielać takich informacji - odpowiedziała dziewczyna z rozdrażnieniem.
- Trzeba iść do gabinetu lekarskiego i tam pytać.
Dostrzegając zagubienie i bezradność starszej kobiety, machnięciem ręki wskazała pokój lekarzy. Henia poczłapała w tamtym kierunku. Szła nieśpiesznie przyglądając się pulsującemu energicznie życiu oddziału. Tak, jej tępo życia było już o wiele słabsze. Czy, to jednak odbierało jej prawo do godnego traktowania? Najwyraźniej w mniemaniu tych, którzy byli jeszcze młodzi tak. Ale kiedyś i oni będą staży - a wtedy...! Nim zapukała do drzwi gabinetu, te otworzyły się gwałtownie i o mało nie została staranowana przez wychodzącego z impetem człowieka, odzianego w dziwny strój. Dopiero po chwili krótkiej, jak błyskawica dotarło do niej, że to jest lekarz. Błyskawica wahania była jednak zbyt długa, gdyż nim zdążyła cokolwiek powiedzieć lekarz niczym tchnienie huraganu przeleciał obok niej. Rzucając za siebie słowa niczym pociski z cekaemu - teraz nie mam czasu, proszę czekać. Zdezorientowana patrzyła nie rozumiejąc do kogo były skierowane te słowa. Dopiero po chwili zorientowała się, ze do niej. Usiadła pod gabinetem i czekała aż lekarz będzie miał czas. Wrócił po godzinie i dowiedziała się wtedy, że Gienek złamał mogę w stawie biodrowym. Trzeba operować, ale jeszcze nie zebrało się konsylium, więc nie ma decyzji czy operacja w ogóle będzie i kiedy. Jeśli nie, to będzie musiał tak leżeć przez osiem tygodni. Jednak jego zdaniem takiego leżenia nie wytrzyma. Na jej uwagi, że coś dziwnego dzieje się z mężem usłyszała, że faktycznie wygląda to poważnie, jednak u starszej osoby gdy długo leży, to stan normalny. Zapewnił ją, że nie ma się, czym martwić. Zrobimy operację, damy kroplówki wzmacniające i wszystko będzie dobrze. Tylko proszę załatwić kilku dawców żeby dla męża oddali krew. Nim spytała o jakieś szczegóły, co gdzie, kiedy? Lekarz odwrócił się na pięcie i tyle go widziała. Kolejny dzień nie przyniósł żadnej zmiany, życie oddziału toczyło się wartkim nurtem, nie zwracając uwagi na tych, których impet życiowy sprawiał, że zostawali w tyle. Wiadomo liczą się tylko ci, których bolid gna na pełnych obrotach i są w czołówce wyścigu - życiem zwanym. Gienek leżał cicho, bełkotliwie i z wysiłkiem odpowiadając na zadawane pytania. Oddech stawał się coraz chrapliwszy, bardziej świszczący. Patrzyła na jego zmienioną twarz i coraz trudniej przychodziło jej wierzyć w słowa lekarza, że wszystko jest w porządku. To nie była już ta sama twarz, coś się zmieniło. Powieki niczym grube, zbyt krótkie kotary przesłaniały oczy, które patrzyły nie widzącym spojrzeniem. Twarz zastygła w dziwnym wykrzywionym grymasie. Groteskowość podkreślały rozchylone, sine usta.
- Chcesz pić?
- A może bym się i napił, a może nie. Sam nie wiem!
Taka była z nim rozmowa. Kiedy zjawiła się ponownie na oddziale i weszła na sale, poczuła jak nogi uginają się pod nią. W głowie poczuła dziwne pulsowanie jakby nagle ruszył potężny wodospad. W ostatniej chwili złapała się zimnej, gładkiej ściany i oparła o nią. Umarł, umarł, umarł i zostawił mnie samą. Jak młot pneumatyczny waliła jej ta myśl w głowie.
- Cholera jasna jeszcze i ta coś odwali. Halo, niech się pani uspokoi, mąż został przewieziony na neurologię. Żyje, ma tylko udar mózgu.


powrót do spisu treści


Janina Filip

ŚLIMAK


 

          W swej skorupie ślimak śpi
          młoda żonka mu się śni
          piękna zgrabna i powabna
          tylko ta, inna - żadna

          Mruga do niej różkiem prawym
          i się zbliża krokiem żwawym
          troszkę bym z nią pofiglował
          drugi rożek bym zaś schował

          Oplótł bym ją nogą swoją
          od dziś będziesz lubą moją
          i tak nóżki upust daja
          bo po jednej nodze mają
          W rytm muzyki się kołysza
          poza sobą nic nie słyszą
          upał w domku, ślimak dyszy
          i

          Budzik dzwoni, ślimak słyszy.

 


 
KONCERT

 
          Żółte baletnice
          tańczą na gałęziach
          wabią swym wdziękiem
          pierwsze motyle

          W białych sukienkach
          drobne, filigranowe płatki
          kołyszą się w rytm walca
          jaki gra wiatr

          Dyrygent jest
          mistrzem niezwykłym
          batuty powiewem
          jednym skinieniem
          i zielone smukłe
          wstęgi falują

          Nawet wysuszone
          wspomnienia ubiegłego lata
          poddają się rytmowi
          a soliści tej pieśni
          wtórują w rytm
          bijącego serca wiosny


powrót do spisu treści


Bernadetta Dudka

W kościele


 

          Czasem wpadam nie w porę,
          by zatrzymać spojrzenie
          na zmęczonych powiekach.
          Zostawiłam za sobą
          żagle szczęścia
          bagaż myśli i worek pytań.
          Wlokę brzemienną miłość.

 


 
Modlitwa wędrowca

 
          Modlę się Panie do Ciebie
          modlę się Boże serdecznie
          by w tej wędrówce wierszami
          było Ci ze mną bezpiecznie.
          Byś nie czuł się ze mną samotny
          i nie bał się
          kiedy Cię spycham,
          bo czym jest moja modlitwa,
          jak nie wędrówką do nieba.


powrót do spisu treści


Janina Miecznik

MORZE


 

          Zatoka jak pianino
          O wspaniałej sylwetce
          Uderzenie fal
          Akordy niesie
          Słyszę tę melodię
          Chórem ptaków zdobiona
          Szumem wiatru śpiewaną
          Złotym słońcem nasyconą
          Wiatrak w tle
          Falochron
          Sylwetka promu
          Strzępek nieba
          Wiklinowy kosz
          wszystko to pachnie latem.

 


 
WYDMY

 
          Majaczą w noc ciemną
          Księży wygięty w elipsę
          Zawisł nad plażąGwiazdy jak bluszcz
          Oplatają niebo
          Morze szeleści
          Jak jedwab
          porusz mą wyobrażnię
          Miast śpi
          Snem spokojnym
          Cisza...
          Zwabiła świt
          Z odległej przestrzeni
          Krzyknęła mewa
          Czas...
          Obiecuje jutro.


powrót do spisu treści


Wiesława Buczulińska

Powrót

Często wraca się do pierwszej miłości, chociaż drogi życia dwojga młodych ludzi rozchodzą się z różnych przyczyn. Wiosna pobudza do marzeń, mocniej bije serce, duszę przepełnia jakieś nieznane uczucie. Zbliżał się koniec roku szkolnego, a z nim dla ostatnich klas gimnazjum ukończenie szkoły. Część uczniów wybiera się na obóz harcerski na Mazury pod namioty do Nowego Zdroju. Cieszą się z wakacji, ale jeszcze przed nimi zdawanie egzaminów. Niektórzy znali te okolice, opowiadali, że dużo jest lasów, jezior i ciekawych zabytków. Wreszcie nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Pogoda zapowiadała się wspaniała. Dni były wypełnione różnymi zajęciami. Dużo pływali kajakami, żaglówkami, wędrowali piaszczystymi leśnymi ścieżkami, zwiedzali zabytki w okolicy. W czasie wędrówki upajała ich cisza leśna. Dziwili się, że prawie nie słychać śpiewu ptaków. Wieczorami najczęściej siadali przy ognisku i śpiewali przy gitarze do późnych godzin nocnych. Las szumiał wtórując, czasem odezwał się nocny ptak. Wiatr niósł zapach ziół i owiewał ich ciała. Ogień trzaskał wesoło, komary brzęczały niezrażone unoszącym się dymem. Takie wieczory stwarzały niepowtarzalny romantyczny nastrój. Po kilku dniach Krystyna i Andrzej zaczęli ku sobie spoglądać. Nieśmiało starali zbliżyć się do siebie, nie umieli określić, dlaczego tak się dzieje, jakie uczucia nimi kierują. Początkowo nikt nie dostrzegał, że coś łączy ich ze sobą. Tego wieczoru zmrok zapadł wcześniej niż zwykle, gdyż dzień był pochmurny. Przy ognisku Andrzej i Krystyna usiedli obok siebie. Gdy ściemniło się na dobre, a nikt nie zwracał na nich uwagi, ich dłonie spotkały się. Przez jakiś czas trwali tak bez ruchu. Po chwili głowy pochylały się coraz bliżej i bliżej. Zaczęli nieśmiało szeptać pierwsze czułe słowa. Potem przytulili się i połączył ich pierwszy pocałunek. Byli strwożeni a zarazem upojeni tym czystym nieznanym uczuciem. Trwali tak bez ruchu wsłuchani w bicie serc i w niespokojny oddech. Czuli przyjemne promieniujące ciepło. Nie wiedzieli, co się koło nich dzieje. Ich miłość pozostała czysta. Gdy ocknęli się z odurzenia spostrzegli, że ognisko zgasło i nie ma nikogo. Szli ostrożnie by nikogo nie obudzić, cicho wsunęli się do namiotów. Z czasem koledzy zauważyli w nich zmianę, zaczęli podśmiewać się z pary zakochanych, ale to ich nie zrażało. Przeciwnie, nie wstydzili się tego uczucia. Wieczorami chodzili nad jezioro, stali na pomoście, słuchali jak fale pluszczą o burty kajaków. Wchłaniali zapach wody i piękno wieczoru. Wystarczyło im, że mogą być razem. Obóz się skończył, czas wracać do domu. Wiedzieli, że nie długo nacieszą się sobą. Toteż korzystali z każdej chwili, woleli nie myśleć o rozłące. Starannie ukrywali swą miłość przed rodziną. Wiedzieli, że los rozłączy ich na zawsze, bo rodzice Andrzeja ze względu na zdrowie matki przenoszą się do Kołobrzegu. Poza tym zamieniają mieszkanie na większe, bo chcą wynajmować pokoje wczasowiczom. Andrzej wiedział, że rodzice nigdy nie przystaliby na związek z przeciętną dziewczyną, mieli względem niego inne plany. Nadchodził dzień rozstania, markotnieli oboje. Nie mogli znaleźć miejsca dla siebie. Rodzice domyślali się czegoś, ale woleli prawdę odsunąć od siebie. Mijały lata. Mówią, że czas leczy rany. Andrzejowi i Krystynie wydawało się, że w wirze życia młodzieńcza miłość wyfrunie im z głowy. Znajdą swoje szczęście, a tamte przeżycia będą miłym wspomnieniem. Krystyna zdała maturę, studiowała technologię żywienia w nadziei, że dostanie dobrą pracę, a w przyszłości może otworzy własny interes. Z trudem ukończyła studia. Wyszła za mąż za Waldka, który wprawdzie nie ukończył politechniki, ale miał dobrą pracę. Ona również zaczęła pracować, ale nie w swoim zawodzie. Nieźle im się wiodło, mieli dwoje dzieci. Waldek był dobrym mężem i ojcem. Przez pierwsze lata była zadowolona z życia. Któregoś dnia była sama w domu. Wyjęła album ze zdjęciami i zobaczyła zdjęcia z tamtego obozu. Siedziała zamyślona rozpamiętując swoją pierwszą miłość. Teraz wiedziała, czego jej brak. Często żyła niepokojem, starała się ukryć przed mężem, chciała utrzymać dom ze względu na dzieci. Teraz wiedziała, że ta czysta, pierwsza miłość była najpiękniejsza. Ból przepełnił jej serce rozumiała, że powrót do Andrzeja jest niemożliwy. Przychodził do niej w snach widziała jego gęste włosy, duże oczy i bliznę na lewym policzku. Często myślała: "Czy on pamięta naszą pierwszą miłość?" Andrzej skończył szkołę morską, był marynarzem. Ożenił się z Agatą, mieli córeczkę, ale życie układało mu się nie dobrze, bo rodzice nie spełnili swoich planów. Pożycie małżeńskie nieudane z powodu niezgodności charakterów. Coraz częściej wracały do niego wspomnienia z tamtych lat. W snach widział Krystynę, jej długi gruby warkocz, który wówczas go zauroczył, szczupłą sylwetkę, drobne stopy i dłonie. Z czasem rozwiódł się, myślał o Krystynie, chciał ją odnaleźć, ale pomyślał, że ona na pewno ma męża, może gdzie indziej mieszka. Mąż Krystyny zginął w wypadku, mimo wszystko bardzo to przeżyła, ale czas szybko tę ranę zagoił. Minęły lata. Dzieci chodziły już do gimnazjum. Dużo myślała o Andrzeju. Zastanawiała się czy warto go szukać. Wczesnym latem pomógł jej przypadek. Od dłuższego czasu przewlekle chorowała, musiała pojechać do sanatorium. Cieszyła się na myśl, że może go spotka. Któregoś dnia spacerowała po molo. W pewnym momencie wydawało jej się, że ktoś znajomy mignął przed oczyma, ale nie wierzyła własnym oczom. Przecież to tyle lat, na pewno się zmienił. A jednak po kilku dniach gdy się spotkali i dokładnie przypatrzyli się sobie radość i zdumienie nie miały końca. Teraz widywali się częściej upojeni dawnym uczuciem. Krystyna odjechała. Miłość pochłonęła ją całkowicie. Pisali do siebie, za czas jakiś postanowili się pobrać. Krystyna zamieniła mieszkanie. Łódź to miasto nie atrakcyjne, więc miała z tym sporo kłopotów. Małżeństwo doszło do skutku, Andrzej przeniósł się do mieszkania Krystyny, ponieważ było większe. Byli szczęśliwi. Ale czy dzieci to zaakceptowały? Czy po latach nie byli rozczarowani? - tego nie dowiemy się nigdy.


powrót do spisu treści


Bogusława Ochnio

CZY TY TO WIESZ


 

          W mojej miłości
          przejrzeć się możesz
          jak w srebrnym blasku
          Księżyca

          W mojej miłości
          kosztować
          możesz do woli
          najsłodszą
          rozkosz powoli

          W mojej miłości
          odkrywać możesz
          głęboko skrywane
          rajskie tajemnice

          Moja miłość
          jest gorąca
          jest pięknie pulsująca
          jest romantyczna
          i pełna bezwarunkowego
          oddania

          Kochanie
          więc ukryj ją
          w swoim sercu
          niech tam
          pozostanie

 


powrót do spisu treści


Lucyna Zagdan

***


 

          Wyprowadzam
          samą siebie na spacer
          na siłę
          bez pokrętnych tłumaczeń
          na zewnątrz bywa pięknie
          i dziwnie
          i naprawdę są ludzie
          są też ci z dobrymi oczami
          i dobrym sercem
          dźwięczą drzewa z ptakami
          szumi ulica

 


 
***


 

          Jest szaro
          szarawo
          szarzej
          chlapa i chlipa
          brzydko
          Smutek wyciąga
          do mnie łapsko
          jak wielkie stare kocisko
          po brudnych pasemkach ulic
          chlupią obcy ludzie
          nie do mnie chlupią
          przez kałuże
          czekam na melodię gongu
          u drzwi
          przepuszczam taśmy wspomnień
          smętek usiadł w fotelu...
          a miałeś Ty

 


 
***


 

          Panie!
          Kimkolwiek jesteś
          dziękuję Ci
          za czysty śmiech
          - lekarstwo
          dla duszy i ciała

          Hej! Człowieku nie cierp
          Masz uśmiech
          masz pogodę ducha
          Poszukaj
          Czy tak nie lepiej
          Nie mów
          że słońce
          nie świeci dla ciebie
          nawet jeśli toniesz
          w samotności i bezsensie
          wyciągnij ręce
          po okruchy słońca
          śmiech
          i inną rękę

 


powrót do spisu treści


Małgorzata Kaszyńska

PRZYJACIELE


 

          Chciałabym by me kule
          leżały w kącie mieszkania.
          By były całkiem bezczynne,
          Bym ich nie potrzebowała.
          Żeby me nogi były zdrowe
          bym mogła biegać po łące.
          Chodzić jak zdrowy człowie,
          rwać kwiaty od rosy drżące.
          Lecz muszę chodzić z nimi
          bo przylgły do mnie jak przywry.
          Me przyjaciółki, dwie kule.
          Staram się je lubić chociaż mi obrzydły.

 


 
MÓJ UKOCHANY WÓZEK


 

          Piję gorącą herbatę
          i oglądam wiadomości.
          Tu gdzieś powódź, ówdzie pożar,
          znów Prezydent kogoś gościł.
          Gdzieś na świecie wojny, waśnie.
          Policja bandytów goni,
          W polityce znowu zmiany
          a mój wózek pod oknem stoi.
          Na ulicach gwarno, szumnie
          na drzewach pierwsze liście,
          trawniki pokryły się kwieciem.
          Dzieciaki się śmieją perliście.
          Wyszłabym z wiosną zatańczyć
          poganiać za motylkami.
          Jest tylko jeden problem.
          Ciągła walka z barierami.
          Prosić by ktoś zniósł ze schodów,
          później krawężniki wysokie.
          Ktoś z przechodniów nawet pomoże
          lecz popatrzy nieżyczliwym okiem.
          Po co to taki chce być na ulicy?
          Po co po parku pragnie "wędrować"?
          Po co się pcha wśród zdrowych ludzi?
          Jeszcze w dodatku chce pracować!
          Wy tam w rządzie, posłowie, senatorzy,
          zamiast zajmować się sprawami błahymi,
          zróbcie coś by Nasz los polepszyć.
          Zajmijcie się poważnie niepełnosprawnymi.

 


powrót do spisu treści


Katarzyna Bieniek

PRZEZ GÓRY I LASY YUKONU - DZIENNIK CONSTABLA RENFILDA MACGREGORA

PROLOG


Drogi mój czytelniku! Dziennik, który właśnie trzymasz w ręku jest niczym innym, jak zbiorem notatek z przebiegu mojej długoletniej służby w RCMP(Royal Canadian Mounted Police-­Królewska Kanadyjska Konna Policja). Najlepiej jednak będzie, jeżeli zacznę wszystko od początku. Nazywam się Renfild MacGregor. Mam 29 lat i od 9 lat pełnię służbę w szeregach RCMP. Zapewne chciałbyś wiedzieć jak wyglądam. Otóż jestem wysoki, mam ciemne włosy i zielone oczy, a do tego dochodzi angielska twarz i wspaniały uśmiech. To też nie bez przekory, uchodzę za jednego z najprzystojniejszych w Konnej. Urodziłem się w małej chacie na bardzo dalekiej północy, a dokładniej na terytoriach północno-zachodnich i oto teraz miałem powrócić na umiłowane śnieżne pustkowie. Obowiązek służbowy zawiódł mnie na Yukon i to na cały rok. A ten dziennik, ściślej mówiąc, jest zapisem mojego pobytu na Yukonie. To też zastanowisz się jeszcze nie raz, mój czytelniku, czytając ten dziennik, dlaczego akurat Yukon. A to, dlatego, iż jest to miejsce, które uczy pokory pysznych, a nagradza silnych.

MÓJ PARTNER - 8 STYCZNIA

Dzisiejszy ranek należał chyba do najmroźniejszych. Ja jednak postanowiłem sprawdzić czy w tutejszych wodach są ryby, tak więc, ubrałem się grubo i do tego wszystkiego włożyłem na siebie jeszcze parkę i tak ubrany wyszedłem na zewnątrz. Do sań włożyłem plecak i wędkę, nakarmiłem psy i zaprzągłem je do sań. Po czym ruszyłem ku rzece Jukon. Kiedy po trzech godzinach znalazłem się nad rzeką, od razu po przybyciu wykułem dziurę w lodzie. Niedaleko zaś rozpaliłem ognisko i usiadłem na klocku drewna i zarzuciłem wędkę. Nagle usłyszałem jakieś krzyki. Przez chwilę myślałem, że mi się wydawało, lecz krzyk się powtórzył. Wstałem, wziąłem plecak i ruszyłem w stronę skąd dobiegał krzyk. Zobaczyłem, że ktoś się topi. Niewiele myśląc wyjąłem z plecaka długi sznur i przywiązawszy jeden koniec do małej rosnącej niedaleko sosenki, drugi wziąłem ze sobą idąc do topielca po lodzie. Im bardziej zbliżałem się do tonącego, tym krzyk był głośniejszy.
- Pomocy niech mi ktoś pomoże!!!
- Proszę się tym obwiązać - Poleciłem rzuciwszy linę topielcowi.
Widząc, że to na niewiele się zdało, ruszyłem po lodzie ku tonącemu. A gdy już dotarłem i udało mi się wyciągnąć z rzeki Jukon kawał lodu, który przecież był człowiekiem, postanowiłem zabrać go do swojej chaty, i z tym postanowieniem włożyłem topielca do sań i przykryłem go derami. Ruszyłem do swej chaty. W domu rozpaliłem ogień w kominku i wniosłem nieszczęśnika do wnętrza, ale zanim jeszcze położyłem nieszczęśnika do łóżka, zdjąłem z niego mokrą odzież. Jakże się zdziwiłem, gdy ściągnąłem mokrą kurtkę z pechowca. Okazało się, iż jest on dziewczyną, to też odskoczyłem jak poparzony trzymając w rękach mokrą parkę. Mój Boże i co ja mam teraz zrobić, przecież nie mogę tak bez ceremonii jej rozebrać. Pomyślałem. Istotnie dziewczyna była młoda i bardzo ładna. Miała długie, czarne, proste włosy, które splecione były w koszyczek. Co odsłaniało jej delikatną, dziecięcą twarzyczkę. Cerę miała jak Indianka. Co nadawało jej szczególnego uroku. Jednego, czego nie mogłem zobaczyć to były jej oczy, gdyż dziewczyna mimo utraty przytomności wyglądała jakby spała. Kiedy się już opanowałem, zaniosłem tą nieszczęsną w kąt chaty i ułożyłem na tapczanie. Zdjąłem z niej buty, spodnie oraz sweter i przykryłem dwoma kocami. Zaś ubranie rozwiesiłem nad kominkiem, aby wyschło. Nagle coś wypadło z kieszeni kurtki. Podniosłem z podłogi ową rzecz. Były to dokumenty. Natychmiast otworzyłem książeczkę i przeczytałam: Konstable Enya Carter, wiek 24 lata, rysopis: włosy czarne, oczy brązowe, cera jasno brązowa, pochodzenie: Indianka z Inuit. A gdy skończyłem czytać zamknąłem owy dokument i włożyłem z powrotem do kieszeni kurtki
Tymczasem dziewczyna się powoli budziła ze swego letargu. Nagle obróciłem się i zobaczyłem, że podniosła głowę. Natychmiast podszedłem ku tapczanowi, na którym leżała Konstable Enya.
- Witam, jak się masz?- Spytałem, uśmiechając się do dziewczyny.
- Gdzie ja jestem i kim pan jest? -Spytała Enya, patrząc na mnie swoimi dużymi, orzechowymi oczami.
- Jesteś w mojej chacie, a ja jestem Konstable Renfild MacGregor. Proszę nie bój się. Zapewne chciałabyś wiedzieć jak się tu znalazłaś?
- O tak, bardzo.-Odparła dziewczyna wciąż patrząc na mnie.
Ja natomiast usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem opowiadać.
- Tego ranka wybrałem się na ryby i nagle usłyszałem twój krzyk, pobiegłem ku rzece i wyciągnąłem cię z lodowatej wody. Przywiozłem tutaj, po czym rozebrałem i położyłem.
- Czy to znaczy, że uratowałeś mi życie?- .Spytała Enya.
- Tak- odparłem bez ceremonii jak gdyby wyciąganie topielców z rzeki Jukon było moim codziennym obowiązkiem. Następnie wstałem z posłania i ruszyłem do kuchni z zamiarem przygotowania posiłku. Tym czasem Enya wstała i ubrała się. Kiedy ja przygotowałem herbatę, wszystko było już gotowe. Ułożyłem dzbanek i talerz z grzankami na tacy i wniosłem ją do izby. Widząc, iż mój gość wstał, położyłem tace na stole.
- Proszę wziąć i coś zjeść- Zwróciłem się do dziewczyny. Młoda Konstabla usiadła na krześle i wpatrywała się we mnie. Nic nie mówiąc, a także nic nie jedząc. Ja również patrzyłem na nią w milczeniu.
- Jak ty właściwie masz na imię? Spytałem nagle.
- Nazywam się Enya Carter i tak jak ty jestem Konstablem.- Odparła wesoło dziewczyna. -Jechałam tu na północ z nakazu inspektor Dowsona- I mówiąc to wyjęła z kieszeni spodni kartkę papieru i podała mi ją. Ja szybko rozłożyłam kartkę i zacząłem czytać list "Konstablu MacGregor.
Tak jak ci obiecałem, przysyłam do ciebie młodą konną imieniem Enya Carter, będzie ona twoją partnerką, Wiem, że będziesz zaskoczony, ale ufam, iż zrozumiesz moje powody. Podpisano inspektor Tim Dowson." Skończywszy czytać list złożyłem go na powrót i oddałem Enyi, która natychmiast go schowała.
- Posłuchaj Eniu zostaliśmy partnerami, więc proszę mów mi Renfild albo, Reni jak uważasz. Zwracając się do dziewczyny.
- A ty, jeśli chcesz możesz mi mówić Enya partnerze-Odparła dziewczyna podając mi dłoń, na co w odpowiedzi uścisnął jej drobną rączkę i jeszcze raz dziewczyna spojrzała na mnie, ale tym razem widziałem w tych oczach smutek.
- Proszę Enyu nie patrz na mnie tak smutnym wzrokiem. Poprosiłem. Dziewczyna obróciła głowę i spytała: - Reni przepraszam, że oto pytam, ale gdzie mogę spędzić dzisiejszą noc?
-Chodź za mną.- Powiedziałem i poprowadziłem dziewczyną na górę do niewielkiej izby. - Proszę o to twój pokój Eniu, życzę dobrej nocy. Powiedziałem.
Po czym zeszedłem na dół po schodach a znalazłszy się w swojej izbie usiadłem na tapczanie i zacząłem rozmyślać: - No ładnie panie inspektorze jak ja mam się zachowywać wobec tej piękności. Inspektorze, jeśli to miał być kawał to w bardzo złym guście no, bo panie inspektorze szczerze powiedziawszy jestem zakłopotany. Dziewczyna jak partner Boże nic dziwniejszego nie mogło mnie spotkać, ale dobrze, jeśli pan sobie tego życzy. Powiedziałem zwracając się do wyimaginowanej postaci. Po czym kończąc tą dziwną rozmowę, położyłem się spać, ale jakoś nie mogłem zasnął tylko leżałem w ciemnościach.

POŚCIG

Przez kilka długich tygodni poznawałem swoją partnerkę a im bliżej ją poznawałem tym bardziej zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Okazało się, bowiem, że dziewczyna okazała się wspaniałym kompanem i druhem. Muszę przyznać sam przed sobą, iż jestem szczęśliwy, że Enyajest ze mną: - Reni przyszedł list od inspektor Dowsona. Powiedziała Enya kładąc kopertę na stole. Ja podniosłem się z krzesła i podszedłem do stołu, wziąłem kopertę do rąk. Otworzyłem list, po czym zacząłem czytać na głos:
"Konstablu MacGregor i Konstablu Carter, jest sprawa do rozwiązania. Otóz waszą stronę nawiedził okrutny łotr, jakiego nosiła ziemia. Łotr ten nazywa się Bil Carter i popełnił morderstwo. Totez naleZy go schwytać :żywego lub martwego Podpisano Inspektor Tim Dawson." Kiedy skończyłem Enya powiedziała:
-A więc ruszamy w pościg czy tak?
- Tak.-Odparłem.
Tego wieczoru Enya była bardzo milcząca to tez ka:żde z nas ruszyło w milczeniu do siebie.

"TAJEMNICA ENYI - 2 LUTY"

Następnego dnia rano Enya nie zeszła na śniadanie. W pierwszej chwili pomyślałem, ze zaspała, więc poszedłem na górę, aby ją obudzić. Lecz kiedy po trzy krotnym pukaniu w drzwi jej pokój nikt nie otwierał postanowiłem wejść. To tez nacisnąłem klamkę i o dziwo drzwi otworzyły się. Jakiez było moje zdziwienie, gdy ujrzałem, Ze koce na tapczanie były złożone tak jakby nikt pod nimi nie spał. Na stole zaś le:żała kartka. Podszedłem do stołu i wziąłem kartkę do ręki. Po czym zacząłem czytać: "Drogi Renfildzie, Wiem, że kiedy przeczytasz ten list przeżyjesz szok, ale proszę cię nie osądzaj mnie zbyt pochopnie otóż człowiek, którego prawo nazwało łotrem jest moim ojcem. Tez proszę cię wybacz mi, ze sama ruszyłam w pościg, ale zrozum, ze ciężko mi jako córce patrzyć na to jak mojemu ojcu będą nakładać kajdanki. P.S. Pożyczyłam sobie twoj ą broń, zwrócę ci ją po powrocie. Podpisano Konstable Enya Carter." Gdy skończyłem czytać, schowałem list do kieszeni i usiadłem na krześle. Przez chwile siedziałem w milczeniu patrząc na tapczan, na którym śpi Enya. Następnie wstałem i szybko opuściłem sypialnie Enyi i zeszedłem na dół. Bardzo szybko włożyłem na siebie parkę a następnie spakowałem do plecaka trochę żywności i zarzuciwszy plecak na plecy wyszedłem z domu. Tym razem jednak zamiast sań miałem na nogach rakiety śnieżne. Wiedziałem dobrze, ze teraz jestem zdany na siebie w duszy miałem nadal dziwne przeczucie, iz wkrótce znajdę Enyę. Tym czasem, gdy ja brnąłem przez śniegi Yukonu, Enyi udało się odnaleźć ojca, który jednak odmroził sobie płuca. Tak, więc kiedy Enia dotarła do kryjówki ojca i weszła do środka zobaczyła Bila Cartera leżącego na posłaniu, który dyszał ciężko niczym ranne zwierze. Enya podbiegła do posłania i przyklęknąwszy obok ujęła ojca za rękę. .
-Jak się masz tato czy nic ci nie brakuje? Spytała dziewczyna łagodnie.
-Nie Enyu, nic mi nie potrzeba.- Enia wstała i wzięła się do sprzątania kryjówki. Na tyle na ile to było możliwe.
Następnie przyniosła nieco śniegu w dzbanku na kawę i postawiła na piecu. Nagle drzwi chaty otworzyły się i Enya ujrzała mnie stojącego w progu.
-O Boże! - Jęknęła Enya i blada niczym płótno wbiegła do izby, gdzie lezał jej ojciec. Zamykając za sobą drzwi. Ja natomiast stałem w przedsionku i wpatrywałem się w drzwi, które otworzyły się i stanęła w nich na nowo Enya, ale tym razem opanowana.
-Chodź.- Zwróciła się do mnie, a ton jej głosu, który była dla mnie zawsze ciepły i łagodny tym razem był wręcz lodowaty a przy tym bardzo ostry. To tez ruszyłem za nią w milczeniu. Weszliśmy do niewielkiej izby, w której w koncie na tapczanie leżał jakiś człowiek.
-Spójrz.- Powiedziała Enya zwracając się do mnie. - Oto człowiek, którego prawo nazwało łotrem, a który ponoć popełnił morderstwo. - To tez, jeśli chcesz go teraz aresztować to masz okazję. -Kochana Enyu nie zamierzam wcale aresztować twojego ojca, nie bój się.- Odparłem łagodnie. - Po prostu bałem się o ciebie. Dodałem ze spokojem.
Zauważyłem, iz Enya się rozpogodziła. Tym czasem ojciec Enyi kaszlał ochryple. Tego wieczoru zrozumiałem, iz ojciec Enyi umiera i nie ma sensu go wieść do więzienia, bo i tak by umarł. Istotnie tej nocy ojciec Enyi skonał. Następnego dnia pochowaliśmy Bila Cartera. Następnie wróciliśmy do kryjówki Cartera gdzie Enia zaczęła raptownie przeszukiwać rzeczy ojca. Ja patrzyłem na nią w milczeniu. W końcu Enya odwróciła się i powiedziała radośnie:
-Znalazłam Reni, znalazłam.
-Co znalazłaś? Spytałem.
-Jak to, co dowody niewinności mojego ojca? - Następnie podała mi skórzany woreczek.

-Co to jest?- spytałem patrząc to na Enyę, to na woreczek.
- Wysyp, to zobaczysz. Powiedziała Enya tajemniczo.
Ja natychmiast rozwiązałem i przesypałem jego zawartość do dużej miski. -Na Boga czy ty wiesz, co to jest? Spytałem Enyi.
-Tak wiem, pół miliona dolarów w diamentach.- Odparła spokojnie. - Otóż mój ojciec był
inspektorem konnej policji jego partner zaś tylko sierżantem. Aby oni wyznaczyli trop złodziei diamentów i byli by ich ujęli gdyby nie to, że sierżant zdradził mojego ojca i wrobił go w morderstwo. Co jak wiesz pociągnęło za sobą konsekwencję tak jak to, iż mojego ojca wyrzucono z RCMP. Mało tego ścigali go jak przestępcę.
-A co stało się z człowiekiem, który go w to wrobił? - Spytałem przerywając Enyi opowiadanie. -Również się ukrywa, bojąc się, że jeżeli tamci zaczną mówić to wszystko się wyda.- Zaczęła na nowo Enya. .
-A czy tobie grozi jakieś niebezpieczeństwo? Spytałem.
-Nie, ten człowiek, co prawda wie, że Carter ma córkę, ale nie wie, że jestem konnym, a to mnie chroni najlepiej.- Odparła Enya.
-No dobrze, ale jaki związek z tym ma pół miliona dolarów w diamentach?- Spytałem patrząc na diamenty.
-Taki, że są głównym dowodem w tej sprawie a jednocześnie pomogą oczyścić mojego ojca z zarzutów i przywrócą mu dobre imię tylko szkoda, że tak późno. - Powiedziała ze smutkiem w głosie.
Ja widząc, co się święci przytuliłem Enyi do siebie i pozwoliłem, aby wypłakała się na moim ramieniu. Enya odwróciła głowę i powiedziała:
-Przepraszam Reni, nie powinnam.
-Nic nie szkodzi od tego ma się przyjaciół.-Odparłem. - A jeśli mamy go złapać to musimy ruszać.
Powiedziałem zwracając się do Enyi. Enya zarzuciła sobie plecak na plecy.
- Więc ruszajmy. -Odparła.
Tego wieczoru ruszyliśmy w drogę, zamykając chatę na klucz. Tej nocy szliśmy przez daleką północ w milczeniu a śnieg skrzypiał nam pod nogami. O północy rozbiliśmy obóz. Ja przygotowałem herbatę oraz posiłek, Enya zaś rozbiła namiot.
-Enya kolacja gotowa.- Enya przyszła do ogniska i usiadła obok mnie.
Ja szybko podałem jej talerz z kolacją i starałem się nie patrzeć na nią a kiedy skończyła jeść spytała mnie:
-Reni, co się stało?
-Nic. -Odparłem.
-Nie patrzysz na mnie, dlaczego? Spytała patrząc na mnie. .
- Bo ja Enya Rzekłem.
-Co ty Reni chcesz mi powiedzieć? -Spytała dziewczyna.
-Bo ja nie mogę.-Odparłem, patrząc jej w oczy.
Enya chwyciła mnie za rękę i naraz poczułem piekący pocałunek na swoich ustach. Po czym wstała i powiedziała do mnie:
-Dobranoc Reni. - A następnie ruszyła do namiotu.
Ja natomiast siedziałem przy ogniu i rozmyślałem o EnyL. Ale złapałem się na tym, że nie myślę o niej jak o przyjaciółce, lecz jak o ukochanej.
-Nie licho się wkopałeś Renfild cięgnie cię do niej, co? -Spytałem sam siebie i rozmyślając tak zasnąłem. To też, gdy Enya obudziła się i opuściła namiot. Zobaczyła mnie siedzącego przy ognisku. Podeszła do mnie i poklepała po ramieniu. Ja obróciłem głowę i zobaczyłem, że Enya stoi za mną.
Ona zaś podeszła do ognia.
- Czy ty Reni siedziałeś tu całą noc? Spytała łagodnie.
-Tak, odparłem. - Enya spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami, w których było tyle życzliwości. Potem zjedliśmy śniadanie i znów ruszyliśmy na poszukiwania. Pod wieczór udało nam się odnaleźć kryjówkę owego byłego sierżanta. Mieliśmy szczęście zastać go w domu to też weszliśmy do środka.
-Kim jesteście? Spytał starszy człowiek.
- Wróć pamięcią do czasów, kiedy to ty i mój ojciec byliście wspólnikami oraz o pół milionach dolarów w diamentach, które to ukradłeś, po czym podłożyłeś je mojemu ojcu, za co wsadzili go do więzienia. Powiedziała Enya. Ów człowiek spojrzał na dziewczynę ajego oczy były pełne strachu:
- Jesteś aresztowany Alanie Macezi za krzywoprzysięstwo oraz kradzież. Przemówiła Enya tonem zimnym i ostrym. Po czym ruszyła w stronę przestępcy.
-Uważaj, Eniu! -Krzyknąłem.
Lecz było już za późno w jednej chwili jak ów wyciąga broń i mierzy do Enyi. W drugiej zaś jak Enya z okrzykiem bólu pada na podłogę. Ja natomiast ruszyłem na przestępcę z taką furią, iż ten człowiek nie spodziewając się tego -wcale runął pod gradem moich ciosów. Następnie nałożyłem mu kajdanki. -
Niech cię diabli! Przykułem go do nogi od stołu. Następnie podszedłem do leżącej na ziemi Enyi i wziąłem ją na ręce.
-Kochanie będziesz żyć prawda? - Lecz Enya nie odpowiadała, była nieprzytomna. Przeniosłem dziewczynę na stół i postanowiłem o patrzeć ranę. W tym celu przyniosłem z plecaka zastaw ratunkowy a rozkładając go powiedziałem:
-Rozkułem cię nie, dlatego żeby zwrócić ci wolność, lecz dlatego iż musisz mi pomóc przy operacji.
-A co dokładnie mam robić? Spytał były sierżant.
-Będziesz mi asystował a dokładniej mówiąc będziesz mi różne instrumenty podawał. Odparłem a następnie przystąpiłem do operacji. I chociaż trwała ona pięć godzin to Enię udało się uratować. W tydzień później odstawiłem Alana Macezi na posterunek w Nelson hause.


powrót do spisu treści


Marta Dąbkowska

Artysto


 

          Jeśli malujesz obraz
          Maluj to co najpiękniejsze na świecie
          W codziennych wiadomościach i tak już dość oszpecają ten świat

          Jeśli śpiewasz
          Śpiewaj o tym co podnosi ludzi na duchu
          Dosyć już usłyszano złych nowin

          Jeśli piszesz wiersz
          Pisz o tym co dobre i piękne
          Wystarczająco dużo już skarg i zażaleń napisano

          Cokolwiek robisz - dawaj ludziom nadzieję

          Nie sztuką jest wskazać słońce które świeci gdzieś za nimi

 


powrót do spisu treści


Janusz Grabias

SERCE


 

          Niespełnione marzenia...
          Serce pełne dobroci...
          Twarz za szybą okna...
          Śnię sen uroczy...

          Czekam lepszego jutra
          Słońca na dworze
          Kolorowych ludzkich uśmiechów
          Westchnień...

          Kiedy nadejdą lepsze sny
          Oczy wpatrzone w niebo
          Radosne będą nasze serca
          Kolorowe barwy tęczy...

          Będziemy razem
          Ja i Ty
          Warkoczem dojrzałego zboża...

 


 
DOM


 

          Biały dom - otoczony kwiatami
          Różne kolory - barwy lata
          Śmiejące oczy - westchnienie serca
          Nasz dom - rodzinny biały dom...

          W bajkach - malowany nieraz
          Rozmarzony - bukietem bzów
          Wiele lat jest z nami
          W dniach, we snach...

          Stoi dom - biały ceglany
          Przywołuje do siebie - nas
          Teraz czas, który mamy
          Jest w sercu domu, wśród nas...

 


powrót do spisu treści


Waldemar Konopa

Mój GRUDZIEŃ


 

          Gdy generalskie mózgi popękali
          I strzelać nam kazali my strzelali
          Odgłosy naszych giwer szli po fali
          A tamci robociarsko umierali...
          I stoczniowe syreny zaśpiewali
          Gdy wynosili sztywnych
          My płakali...

 


 
KAPLICE


 

          Tuje, baranki, lipy, lastrico, cement ziemia
          Alejki porządkowe, wyryte wspomnienia
          To przecież symbolika, która ZBIÓR wyznacza
          Najwyższy zwie zamkniętym
          I ja mu to wybaczam...

 


powrót do spisu treści


Dawid Kupiec

PAMIĘĆ


 

Stojąc w mroku cmentarza,
W mej duszy pojawia się smutek,
serce bardzo boli.
Ci których kochałem odeszli tak szybko,
czemu tak się stało jeden Bóg wie tylko.
Nachylam się nad grobem, zapalając znicze, łzy z oczu spływają,
lecą po policzku, zatrzymują się w sercu, pragną ból ukoić.
Odmawiam modlitwę - dlaczego zabrałeś ich
tak szybko mój Boże?
Jak smutek mój mam ukoić, gdy za Wami tęsknię,
Tak mi Was brakuje,
Waszego uśmiechu, serca i dobroci.
Ciągle mam w pamięci babciu zapach Twego ciasta.
smak jego w ustach, dotyk Twojej dłoni.
Brakuje mi dziadku wspólnych wieczorów, oglądanych meczy, Twoich cennych rad.
Boję się sobie zadać pytanie, czy nie za słabo Was kochałem,
za te wspólne dni i dobroci od Was okazanej.
Wierzę jednak, że jesteście w niebie
i że na tamtym świecie odnajdziemy siebie,
Bardzo kocham Wasi w pamięci i w sercu mam
takich ludzi jak Wy nie będzie już w życiu mym.

 


powrót do spisu treści


Jurata Bogna Serafińska

DAR


 

          Straciłam tak wiele jak miałam...
          Modlitwą więc stałam się cała -
          Prosiłam o pomoc i wsparcie.

          Dostałam dar inny niż chciałam.
          Dla ducha on jest - nie dla ciała...
          Stanęłam więc na biegu starcie.

          Dostrzegam prezentu wspaniałość.
          Nie mogę powiedzieć - to mało -
          Lecz ciągle potrzebne mi wsparcie!

          Co robić, czy prosić wypada?
          Tak wiele chcieć - to już przesada?
          Ja jednak wciąż proszę uparcie.

 


 
IDĘ


 

          Pragnęłam szczęścia od losu...
          Myślałam - znalazłam sposób -
          To była fatamorgana...

          Szczęście jest kiedy czekamy,
          W deszczu pukamy do bramy,
          Wierzymy, że wszystko dla nas!

          A dla nas jest mała czara...
          Jeśli będziemy się starać -
          To może nas nie ominie...

          A dla nas - szczęścia okruszek
          Jest - a więc ja mieć go muszę
          W deszcz idę w słów pelerynie!

 


powrót do spisu treści


Barbara Kaczmarczyk

ONO


 

          na dnie cierpienia
          czeka ktoś lub coś,
          karmi się sobą,
          jest cierpliwe, trwa.

          W studni rozpaczy i bólu
          czeka na znak
          znak od ciebie, że toniesz.

          Budzi się z letargu
          i podejmuje walkę,
          walkę o ciebie z tobą.

          Kusi światłem i barwą,
          roztacza perspektywy bez kresu.

          Ponadczasowe siły natury
          wchłaniasz, kąpiesz się w chmurach
          obłokach, twoja rozpacz
          rozpływa się na horyzoncie,
          za którym nie ma cierpienia bez dna,
          nie ma życia, i musisz karmić się sobą.

 


 
ŁZY


 

          potok kryształowych łez,
          czysty i beznadziejny.

          Załamuje się w nim światło tęczy,
          rozprasza i obsypuje okruchami
          drzewa i trawę, ptaki i słońce.

          Kryształy łez twoich są wszędzie.

          Krzyczą kolorem.
          zraszają spękaną ziemię życia.

          Giną i przepadają bez śladu.
          Bez śladu?

 


powrót do spisu treści


Teresa Niezgodzka

HISTORIA


 

          Tamta historia już mnie nie wzrusza
          Nie umie pisa o kapeluszach
          Cho kilka w szafie ich mama
          Część dla panów reszta dla dam
          Bo cóż faet powie
          Gdy kapelusz z kwiatkiem
          Włożysz mu na głowę
          To kapelusz typu panama
          Odrzekła by mu dama
          Ten mały granatowy kapelusik
          Do "śliwkowej" kurtki pasować musi
          A siwy pluszowy podarowała mu Gienia
          No tak... od niehenia...
          Ale mi się taki marzył
          podobno mi do twarzy
          dziś włożyłam ten nowy grafitowy
          od Lodzi tej z Łodzi
          Ach w jakiej roli w nim grałam
          Żeby tylko ona wiedziała
          Kiedyś w konkursie wygrałam
          Już się domyślacie... kapelusz
          Z radości długo skakałam
          Cały brązowy z dużym rondem
          Dobrze się w nim czuję, taki elegancki...
          Właśnie do futra pasuje
          Czy ja mam jeszcze jakieś kapelusze...???
          W innej szafie poszukać muszę.

 


 
Elektroniko... litości!!!


 

          To domofon, telefon czy komórka dzwoni
          Człek o świcie zaspany do drzwi goni
          Miły sen przerywa lewą noga zrywa
          Jeden, drugi, trzeci...
          Dżwięku nasłuchuję
          A, a, a, a, a, a - domofon
          SŁUCHAM!!!
          Pan oszalał czy żartuje
          Co pan bredzi i wywodzi
          Mnie to nic nie obchodzi
          Że co?!
          że pan z żoną się rozwodzi
          KLAP słuchawką...
          PUK, PUK...
          Kto znowu...
          WENA
          No i mamy nowy temat
          To ta elektronika
          Można przez nią - dostać bzika
          Komputery, bajery, MMS-y, SMS-y
          Komórka na smyczy
          Z pilotem na sofie
          KOWALSKI się byczy
          Bliżej w temacie
          z IRKĄ w internecie
          godzinami na GG coś tam klika, plecie
          a rodzina, jaka rodzina?!
          O niej kompletnie się zapomina
          Tu plumka komputer w kieszeni komórka
          Ta duża panienka to jest nasza córka?!
          Teraz listów się mniej pisze...
          E-MAILe wysyła
          Świat oszalał klimat ocieplił
          Tak, tak pani Aniu miła

 


powrót do spisu treści


Paweł Kękuś

" Nauka jazdy " mniej więcej na nartach

Kiedy miałem kilkanaście lat( Czyli patrząc z dzisiejszej perspektywy w innym życiu) wraz z grupą przyjaciół, wybrałem się na ferie zimowe do Zakopanego. Jako, że z pośród naszej grupy tylko ja nie umiałem jeździć na nartach, jednym z zamierzonych celów było bym i ja dołączył do licznego grona amatorów " białego szaleństwa". Pewnego słonecznego dnia wspólnie z kolegą Maćkiem postanowiłem mój cel wprowadzić w życie. Na moje "nieszczęście" dom , w którym zamieszkiwaliśmy był położony nieopodal Butorowego Wierchu. Kolega Maciek stwierdził, że nie ma sensu poszukiwać łatwej góry do nauki, tylko zacząć Z tzw. " Wysokiego C ", a ja nieświadom tego co mnie czeka, przystałem na tą propozycję. Pierwsze kłopoty zaczęły się tuż po wyjściu z domu i zapięciu nart, okazało się, że samo chodzenie na nartach nastręcza już pierwsze trudności. W tym miejscu warto nadmienić, iż zima ówczesnego roku obfitowała w ogromne ilości śniegu i tęgie mrozy. A nas czekała kilkuset metrowa wędrówka w głębokim śniegu, a następnie zjazd z niewielkiego pagórka do stóp wyciągu . Dla osoby nie obytej z nartami tak jak ja, było to ciężką przeprawą i niezwykle czasochłonną. W końcu jednak dotarliśmy do celu, oczywiście ja, już wtedy miałem na koncie kilkanaście upadków. Każdy z nich Maciek kwitował gromkim śmiechem i z niebiańską cierpliwością mi pomagał oraz udzielał niezbędnych wskazówek., jak z pomocą kijków najlepiej się wyzbierać. Pokornie ustawiliśmy się w kolejce do wyciągu, a tam miały miejsce kolejne sceny, które kwitowane były tym razem salwami śmiechów już nie tylko przez mojego kompana, ale, przez wszystkich uczestników kolejki. Otóż ja ledwo stojąc na nartach ciągle zjeżdżałem do tyłu, desperacko szukając ratunku łapałem nie tylko mojego kolegę, ale każdego kto nieszczęśliwie znalazł się w moim zasięgu. Owocowało to tym, że zazwyczaj, kilka osób notowało niezaplanowane upadki, a wszystko przez szaleńca, któremu zachciało się nauczyć jeździć na nartach. W końcu wreszcie nadeszła nasza kolej i szczęśliwie zasiedliśmy na krzesełku wyciągu i ruszyliśmy w górę. Moja radość była ogromna, choć zmęczenie wcale nie mniejsze. Maciek wykładał mi dalsze tajniki i uroki tego sportu, a ja wesoło machałem sobie nóżkami. I to był mój błąd! Nieoczekiwanie jedna z nart odpięła się i spadła w dół. Ogarnął mnie strach pomieszany z wściekłością i nie mogłem wprost uwierzyć, że tyle nieszczęść mogło mi się zdarzyć, w tak krótkim czasie. Na szczęście Maciek zachował zimną krew i zdrowy rozsądek, obrócił się do tyłu i zaczął wrzeszczeć do ludzi obsługujących wyciąg, by poszli po nartę i wsadzili ją na jedno Z kolejnych krzesełek. Szczęśliwie nie ujechaliśmy zbyt daleko i górale zanosząc się śmiechem spełnili naszą prośbę. Dalsza podróż o dziwo przebiegała bez żadnych niespodzianek. Naszym oczom ukazała się końcowa stacja wyciągu i wtedy mój kolega głosem pozbawionym wszelkich emocji, oznajmił mi, że nie wie jak ja to zrobię, ale na końcu wyciągu muszę zeskoczyć z krzesełka. Będzie to dodatkowo utrudnione, ponieważ mam tylko jedną nartę, a zeskakując muszę zjechać z niewielkiej górki. Nie muszę chyba dodawać jak wielkie wrażenie, strach i nieopisane zdziwienie ta wiadomość na mnie zrobiła. Nadeszło to co nieuniknione, zeskoczyłem i balansując na jednej narcie, po krótkiej walce leżałem jak długi, padając na twarz do głębokiego śniegu. Wtedy dopiero naprawdę zaczęło mi się wszystkiego odechciewać. Pomysłodawca wyprawy na tą "przeklętą górę" odebrał moją drugą nartę i pomógł mi się pozbierać Niechętnie, ale dałem się namówić Maćkowi na podjęcie próby "powolnego" zjechania na dół. Mój instruktor sugerował abym spróbował( jak mu się wydawało) najbezpieczniejszego sposobu i zjeżdżał tzw. zakosami, a w razie niebezpieczeństwa przewracał się na bok. I cóż ruszyłem, pierwszy zakos i upadek na bok powiódł się, drugi też więc przystąpiłem do następnego zjazdu. Ten na moje nieszczęście był o wiele bardziej brzemienny w skutkach. Nie udało mi się w odpowiednim momencie obalić na bok i wjechałem w las. Doświadczyłem tego co do tej pory oglądałem tylko w bajkach Walta Disneya, otóż wylądowałem okrakiem na drzewie oburącz go obejmując. Kiedy ochłonąłem zacząłem głośno nawoływać Maćka, aby pomógł mi wykaraskać się z mojej kolejnej już opresji. Maciek niestety znajdował się w odległej części stoku i nie słyszał mych desperackich nawoływań. Moje desperackie wrzaski dotarły do uszu innych szczęśliwszych osób korzystających z tej "piekielnej góry". Oni też oswobodzili mnie z namiętnych objęć wybranego przeze mnie drzewa . Jak nietrudno się domyśleć moi wybawcy uraczyli mnie kolejną w dniu dzisiejszym dawką śmiechu i dodali, że "trzeba być kamikadze" by na naukę jazdy na nartach wybrać sobie tą górę? Po krótkim czasie pojawił się Maciek, oczywiście zanosząc się od śmiechu. Chociaż byłem ogromnie poobijany postanowiłem, że się nie poddam i muszę na tych dwóch deskach zjechać aż na sam dół. Stwierdziłem, że na moje szczęście lub zgubę kończy się już las i czeka na mnie otwarta przestrzeń. Jazda tzw. zakosami szła mi odrobinę lepiej, więc tym samym poczułem się nieco pewnej. Niestety mój optymizm szybko prysł, ponieważ na mej drodze pojawiły się muldy, a na to absolutnie nie byłem gotowy. Większą część drogi poprzez muldy pokonałem na "czterech literach", a tym czasem nad górami z wolna zaczął zapadać zmrok.Za tymi "piekielnymi garbami" czekała na mnie rozległa, pozbawiona lasu część stoku. O dziwo doszedłem do wniosku, że w miarę upływu czasu moje umiejętności rosną wprost proporcjonalnie do pozostawianej za moimi plecami trasy. Niestety nie było aż tak "różowo", ponieważ narastało moje zmęczenie i zmierzchało coraz szybciej. Po upływie około 1 godz. czasu ostatnia grupa amatorów "białego szaleństwa " dotarła na szczyt i po chwili wyciąg stanął. Mój nauczyciel sugerował iż warto by się pośpieszyć, gdyż wkrótce po wywiezieniu na górę ostatnich narciarzy zostanie włączone oświetlenie trasy narciarskiej. Ta wiadomość lekko mnie zaniepokoiła, ponieważ w moim debiucie nie spodziewałem się jazdy w ciemnościach. Szusowanie (w mojej opinii )szło mi coraz płynniej i dałem się namówić Maćkowi, na próbę pokonywania krótkich odcinków na tzw. krechę. Okazało się to niezłym pomysłem i muszę się pochwalić, że nie każda "krecha" kończyła się upadkiem, bywało i tak, że sam wyhamowywałem. Mój instruktor nawet mnie pochwalił, lecz uświadomił mnie, że niebawem czeka nas kolejny trudny etap na tym stoku. Nietypową rzeczą na Butorowym Wierchu jest polna droga biegnąca w poprzek trasy zjazdowej. Maciek zachęcał mnie bym popatrzył jak on tą przeszkodę pokonuje, ale mnie to stanowczo odradzał mówiąc, że na to na pewno jestem niegotowy. Maciek ruszył a ja obserwowałem jak nabiera prędkości i zbliżywszy się do skarpy pod którą biegła polna droga odbił się i przeleciał nad nią , a następnie kończąc to wszystko efektownym hamowaniem. Na moją zgubę poniosła mnie wtedy "ułańska fantazja" i pomyślałem, że jeśli Maćkowi się udało to dlaczego nie miało by się udać mnie, tym bardziej, że chwilę wcześniej sam mnie pochwalił. Nie do końca świadomy co mnie czeka ruszyłem i niestety moje odbicie było chybione, nie uleciałem tak daleko jak Maciek i z wysokiej skarpy runąłem w dół na drogę. Po raz kolejny tego dnia gorzko pożałowałem tego, że sam zgodziłem się na to "białe szaleństwo". Ciężko obolały zacząłem wzywać mego kompana, by się po mnie wrócił i jakoś mi pomógł. Po dłuższej chwili Maciek się pojawił i mocno mnie zganił powtarzając słowa, w których sugerował inne, łagodniejsze ominięcie tej przeszkody. Byłem tak mocno poobijany, że zanim byłem gotów do dalszej jazdy stok "pochłonęły egipskie ciemności" i zostaliśmy jedynymi desperatami na tej górze. Dalsza droga ze względu na panujące warunki nie wyglądała już tak brawurowo. W żółwim tempie, opanowanymi już zakosami niczego wtedy tak nie pragnąłem jak znaleźć się w domu i napić się gorącej herbaty, na szczęście Maciek myślał za nas dwóch i obmyślił plan jak skrócić naszą drogę. Ku mej wielkiej radości ominął mnie zjazd do początkowej stacji wyciągu i kilkusetmetrowy marsz w górę w głębokim śniegu. Dzięki świetnemu zmysłowi orienta-cyjnemu Maćka zajechaliśmy od tyłu ledwie kilkadziesiąt metrów od upragnionego domu. Tam już pozwoliłem sobie na odpięcie nart i obchodząc kilka domostw w końcu dotarliśmy do tak upragnionego i szczęśliwego punktu wyjścia. Grupa pozostałych przyjaciół wielce się ucieszyła, ponieważ mocno już była zaniepokojona zbyt długą naszą nieobecnością. Mój wygląd nie pozostawiał im żadnych wątpliwości co do tego co się ze mną działo i jakim katorgom na własne życzenie byłem poddawany. Napiłem się gorącej herbaty i poszedłem zrzucić do cna przemoczone ubranie. Oczom moim ukazał się widok, który to wcale mnie nie zaskoczył. Moje ciało niemal w całości pokryte było większymi i mniejszymi siniakami. Po tej naszej wyprawie przez kilka dni nie ruszałem się z domu z wolna dochodząc do siebie. Jednak te liczne perypetie, ostatecznie nie zniechęciły mnie do nart i po kilku dniach już sam wybrałem się zasmakować "rozkoszy białego szaleństwa". Tym razem jednak za cel obrałem sobie, o wiele, wiele mniejszą górę. I tak właśnie wyglądała moja "nauka jazdy" mniej więcej "na nartach"(początkowo mniej na nartach, a więcej na tyłku).


powrót do spisu treści


Aleksandra Ochmańska

Wystarczy miłość


 

          Gdy co rano
          po krańce codzienności
          nakrywasz Mamo miłością
          gładki owal stołu
          wydaje mi się
          że jego drzewo szkarłatnieje
          a pod błyszczącą skórką
          pulsuje melodia macierzyństwa
          którą tkliwie wygrywa
          dobosz w Twojej piersi

          to nic
          że na krześle obok
          zwykle siada cisza

          wystarczy zapach chleba
          krojonego Twoją dłonią
          cierpki smak zielonej herbaty
          słodzonej uśmiechem
          i ciepło lazurowych źrenic
          pochylających się nad moim imieniem
          gdy kroki
          nieudolnie plączą się
          wśród nitek traw

          wiesz Mamo?

          to wystarczy
          by co rano rozkwitało szczęście

 


powrót do spisu treści


Lech Stanisław Borucki

Mateczka świata


 

          Stoi przy Tobie o każdej porze
          W zdrowiu radości
          Smutku chorobie
          Pochyla się nad nami jak wierzba płacząca
          Gdy upadając na ziemię
          Chwytamy się jej serca
          Mateczka uleczy każdy ból i cierpienie
          Wysłucha w ciszy
          Da przebaczenie
          Przemyje oczy niewidomego
          Rozbawi serce dziecka głuchego
          Poda dłonie kulejącemu
          otworzy swe serce potrzebującemu

          A my
          Jacy jesteśmy dla swojej Mamy
          Czy zawsze coś dla niej serce otwieramy
          Cóż my jej damy za to co nam dała
          Ona nas wykarmiła i wychowała
          Mateczka jest wszędzie na całym świecie
          Była w Betlejem i Nazarecie
          Widzieli ją też przed Cierniową Bramą
          Jak na Golgocie Jej dziecię cierpiało

          A dzisiaj
          Stoi i czeka w modlitwie pochylona
          Czeka
          Przyszła Ela Marta i Magdalena
          Są już Zygmunt Karol Ania i Danuta
          Z pracy przybiegli
          Marek Mateusz Jan i Łukasz
          Raduja się oczy Mateczki Świata
          Że coraz więcej dzieci przy niej zasiada
          I choć nastanie dzień gdy się pożegnamy
          To o Mateczce i jej Świecie
          Będziemy pamiętali

 


powrót do spisu treści


Jadwiga Maryon

Europa daje szansę uzdolnionej młodzieży

W stolicy Dolnego Śląska, w mieście Wrocławiu, gdzie słychać było barki, pływające po rzece Odrze, mieszkała rodzina o niskim standardzie życiowym. Było w niej dwoje dzieci: dziewczynka, która kończyła szkołę podstawową o imieniu Krysia i chłopiec dużo starszy o imieniu Rysiek, który już skończył studia medyczne. Szukał on pracy jako chirurg i w tym celu odwiedził wszystkie szpitale wrocławskie, lecz bez skutku. Chciał dopomóc rodzicom, którzy pomimo średniego wieku byli już na emeryturze i liczyli się z każdym groszem, mając cichą nadzieję na oparcie w synu, który obiecał, że za lata nauki zapewni im życie kolorowe i dostatnie. Po długich poszukiwaniach i namyśle zdecydował się skontaktować się z kolegą, który przechodził te same koleje losu, co on, i dostał się do szpitala w centrum Berlina oczywiście dzięki znajomościom. Pomogli mu starsi koledzy, którzy wiedzieli jak działają polskie szpitale i z jakimi borykają się z trudnościami. Rysiek zadzwonił do Janka, który był już obeznany w arkanach życia za granicą. Szukał każdej możliwości, aby lata nauki nie poszły na marne. Janek w czasie pobytu w Berlinie wdał się w romans z Helgą, pielęgniarką, młodą kobietą, pełną osobistego uroku i nienagannej aparycji, rodowitą Niemką. Miała ona ojca ordynatora chirurgii, który jako priorytet traktował pomoc młodym talentom, którzy uparcie dążą do obranego celu. Można więc powiedzieć, że teraz ma pole do popisu. Obiecał więc Heldze, że zrobi co w jego mocy, widząc zaangażowanie córki. Pierwszy krok to poznanie Ryśka i zapoznanie się z jego aktami. Otrzymawszy taką odpowiedź z Berlina Rysiek zebrał wszystkie potrzebne i najważniejsze dokumenty w jedną całość i czekał jak na szpilkach na telefon od Janka. Pewnego dnia, gdy już słońce zachodziło i ostatnie swoje promyki rzucało na rzekę, zadzwonił telefon z Berlina. Odebrała matka Ryśka. Jednak słysząc odmienny akcent zawołała syna, który oglądał telewizję. Podbiegł do telefonu i jąkając się przedstawił się. Dzwonił sam ordynator - pytał o akta, więc Rysiek powiedział, że ma wszystko w komplecie. Na to ordynator wyznaczył datę spotkania u siebie w domu. Janek z Helgą mieli wyjść na stację przed Ryśka. Będzie on miał w nich przewodnika po stolicy. Po zakończonej rozmowie telefoniczna temat przeniósł się do salonu, gdzie Rysiek z rodzicami podjęli dyskusję o jego wyjeździe. Rozważane były za i przeciw, aż księżyc swoją poświatą skłonił ich do snu. Rysiek pobiegł do łóżka, nerwowo zrzucając ubranie. Chciał spokojnie w blasku księżyca sam ze sobą rozważać szansę, która przed nim powstała. Jeszcze dwie noce do wyjazdu! Dni się wlokły okropnie, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Rodzice się mało odzywali, gdyż przepełniał ich smutek, a głos mógłby ich zdradzić. Na duchu podtrzymywał ich fakt, że tam gdzie jedzie ma kolegę ze studiów i w razie potrzeby będzie mógł na niego liczyć. Po głowie Ryśka snuły się różne obawy. Świadectwo było bardzo dobre, ale trudna była świadomość, że jego losy leżą w rękach obcokrajowca. Bał się samotnych nocy, kiedy przyjacielem będzie tylko księżyc, oświetlający pokój. Z rozrzewnieniem wsłuchiwał się w odgłosy od strony rzeki Odry: pomimo środka nocy pływały tam barki i statki, a ich syreny o przenikliwym gwiździe odpędzały sen i nasuwały nowe myśli i tęsknoty. Rysiek jednak trzymał się obranego celu, dziękując Bogu, że Europa otworzyła granice i daje młodym szansę. Wiedział już, że oprócz papierów musi zabrać ze sobą osobiste rzeczy, bo jeśli plan wypali będzie musiał tam na jakiś czas zostać. Nie wiedział jeszcze o tym, że ordynator zatroszczył się o mieszkanie dla niego. Będzie mieszkał w jego willi. Gest ten związany jest z faktem, że ordynator kilka lat wcześniej stracił syna w wypadku drogowym. Ból po stracie Hansa był okropny: ordynator wiązał z nim wielkie nadzieje. Strata była dla niego ogromna gdyż syn jego był zdolnym i uczciwym młodzieńcem. Wyrok Boski przeciął nić życia, zostawiając ból w sercu rodziców. W związku z tymi wydarzeniami ordynator postanowił, że poda pomocną dłoń młodzieńcowi z Polski. Ostatni wieczór we Wrocławiu, gdzie się urodził i dorastał, był dla niego koszmarem. Smutek budzili w nim rodzice z załzawionymi oczami. Był ciepły i parny wieczór. Spotkał się z kolegami ze studiów. Poszli nad Odrę posnuć plany na przyszłość oraz żeby zapamiętać ten nurt rzeki i posłuchać odgłosów rodzinnego miasta. Usiedli na trawie i podziwiali blask zachodzącego słońca, które kąpało się w rzece i rzucało wszędzie złote nitki promieni. Koledzy po cichu zazdrościli Ryśkowi, który otrzymał taki dar od życia i perspektywę, którą trzeba wykorzystać. Siedzieli długo, aż wyszedł księżyc i oznajmił, że pora udać się do domów. Rzeka przybrała kolor nocy, ptaki pofrunęły do gniazd i zapadła cisza. Tylko z oddali dochodził jeszcze dźwięk tramwajów. Miasto układało się do snu. Otrzepując trawę i kurz z ubrania, Rysiek złożył kolegom obietnicę na pożegnanie, że jak się zadomowi, to będzie ich ściągał na zachód. Idąc promenadą nad Odrą bacznie się przyglądał rodzinnemu miastu, aby to wspomnienie towarzyszyło mu zawsze w chwilach i dobrych i złych. Pożegnał się z kolegami. Podążał ulicami, mijał ludzi, oglądał sklepowe witryny. Gwar miejski zanikał. Tylko młodzież żądna tańca i rozrywki "robiła szum, idąc w kierunku nocnych lokali i pubów, które zachęcały różnokolorowymi szyldami. Rysiek zobaczył swój dom, przystanął i długo wpatrywał się w okna. Chciał ten widok utrwalić w pamięci na zawsze. Przeszedł pomiędzy kolorowymi rabatkami, doszedł do bramy. Zobaczył korytarz zatopiony w mroku. Zaświecił światło, które swój blask rzuciło wszędzie. Pomyślał o Berlinie i o pracy w szpitalu, i poczuł radość z tego, że będzie pracował w wyuczonym zawodzie. Tylko myśl o rozstaniu z rodziną smuciła go bardzo. Wszedł do mieszkania i zobaczył matkę, która pakowała jego rzeczy i ukradkiem ocierała łzy. Podbiegł do niej i mocno ją przytulił i przyrzekł, że gdy tylko będzie miał kilka dni wolnego to przyjedzie. Po tych słowach matka gestem wskazała mu krzesło i poprosiła, aby zabrał się do kolacji. Siedział tam już ojciec - smutny, ale w środku czuł zadowolenie z syna, że nie zgubił swej szansy życiowej i wytrwale dąży do celu. Po kolacji Rysiek pożegnał się i poszedł sprawdzić czy wszystko w porządku. W pokoju naszła go refleksja jaka będzie ta ostatnia noc w domu, w którym się urodził, uczył, a teraz musi emigrować, aby dopełnić swe marzenia i wynagrodzić trudy lat nauki. Noc była koszmarem. Nasuwały się różne myśli, krążyły po głowie i spędzały sen z powiek. Próbował je odepchnąć by usnąć. O 4 rano obudził go budzik i swoim terkotaniem oznajmił, że dla niego otwiera się nowy etap życia i pojawia się szansa na spełnienie marzeń. Pociąg miał o 6.30 więc się nie musiał śpieszyć. Rodzice i siostra Krysia snuli się po kątach i dumali, jaka przyszłość jest mu pisana z dala od domu rodzinnego. O 6 godzinie wezwali taksówkę, która ich zawiozła na dworzec główny. W czasie jazdy, gdy Wrocław pokazywał swoje piękno w blasku wschodzącego słońca, rodzice milczeli, twarze ich były smutne a oczy zamgliły łzy. Na dworcu otoczył ich gwizd pociągów, ,które zawiozą syna do kraju, który daje szansę i zapewnia przyszłość. Dźwigając bagaże szli po schodach w stronę peronu, gdzie już pociąg był podstawiony. Przystanęli i na pożegnanie obsypali Ryśka pocałunkami, a ojciec zrobił znak krzyża na czole syna i czule poklepał go po ramieniu. Zawiadowca dał znak, że pora już wsiadać, więc Rysiek wszedł na schody i pomachał rodzinie na pożegnanie. Znalazł sobie wygodne miejsce przy oknie, aby móc podziwiać uroki kraju rodzinnego i na jak najdłużej zapamiętać jego piękno. Pociąg zagwizdał i ruszył. Widok z okna był niecodzienny: młode lasy, stawy i ludzie na kajakach w blasku słońca: Ryśka ciągle gnębiła myśl o spotkaniu z obcymi ludźmi, w nowych i nieznanych miejscach! W między czasie zajął się słownikiem, aby utrwalić sobie język niemiecki.. Pilnował jak oka w głowie teczki z dokumentami, które otwierały mu drogę na jasną przyszłość. Żałował tylko, że jest ona za granicą. Wzruszył się na myśl o rodzicach, którzy sobie tak dużo po nim obiecywali. Przez całą podróż podziwiał piękno polskiej przyrody. Po posiłku, który stanowiły kanapki zrobione rękami mamy, wtulił się w kąt i uciął sobie drzemkę. We śnie widział rodzinny dom i piękno Wrocławia i Odry. Kiedy się obudził minęło sporo czasu ­połowę drogi miał już za sobą. Pociąg był już na terenie Niemiec - widoki jakby odmienne, ale to tylko pozory. Poczuł się niepewnie: czy na pewno dostanie pracę, czy nie odeślą go z kwitkiem? Z myśli tych roześmiał się. W końcu pociąg dojechał do Berlina - wzmógł się gwar, gwizd pociągów i szum rozmów pasażerów. Rysiek znalazł się w' obcym kraju, pomiędzy ludźmi, którzy przecież mają takie same kłopoty i troski. Był ciekawy jak przyjmą go, obcokrajowca, który przyjechał rozpocząć swoje życie zawodowe. Postanowił sobie w duchu, że wszelkie przeszkody będzie przyjmował z uśmiechem. Wysiadł z pociągu i zaczął rozglądać się po peronie w poszukiwaniu komitetu powitalnego. Zobaczył w końcu samochód, z którego wysiadł opasły mężczyzna i młoda kobieta, których poznał po umówionym wcześniej znaku rozpoznawczym. Podbiegł do nich, przedstawił się, obdarzając ich szczerym uśmiechem. Zapakował swoje bagaże do samochodu i usadowił się wygodnie we wnętrzu auta. Ordynator powiedział, że jadę do niego do domu gdzie swobodnie porozmawiają i omówią warunki pracy. Gdy dojechali na miejsce oczom Ryśka ukazała się wspaniała willa otoczona jaskrawymi kwiatami. Został wprowadzony do środka i od razu do pokoju dla niego przeznaczonego. Następnie usiedli i zajęli się dokumentami i świadectwami Ryśka. Lekarz przedstawił mu warunki pracy oraz Wynagrodzenie. Staż u nich trwa rok. Jego opiekunem i nauczycielem będzie sam ordynator oraz siostra oddziałowa. Będzie mógł asystować przy operacjach, aby móc lepiej wejść w arkana pracy lekarza chirurga. Rysiek podziękował za gościnę i zobowiązał się, że znajdzie sobie lokum wśród kolegów z Polski. Lekarz roześmiał się i upewnił Ryśka, że to miejsce jest tylko dla niego. Podzielił się z nim historią swego życia. Opowiedział o synu, który przedwcześnie odszedł. Lekarz postanowił otworzyć serce dla człowieka takiego jak Rysiek: dążącego do celu i odważnego. Rysiek dał z siebie wszystko ku zadowoleniu przyjaciół i ordynatora -­ człowieka o złotym sercu i wzniosłych celach.


powrót do spisu treści


Marianna Machlowska

Takie jest życie


 

          W życiu piękne są tylko chwile,
          a cała reszta przed nami
          przygniata nas niemile
          - piętrzy się udręczeniami...

          Musimy ciagle walczyć
          z różnymi przeciwnościami,
          wytężać swoje siły,
          - by dni nasze lepsze były...

          To takie trudne nieraz,
          gdy życie karmi Cię goryczą,
          lecz bywają dni lepsze i gorsze,
          - i tylko te lepsze się liczą!

          Te złe próbuj zaraz zapomnieć,
          wykorzystaj czas mądrze (należycie),
          i czasem zęby zaciśnij,
          - przetrzymaj,
          - takie jest życie...

 


powrót do spisu treści


Krystyna Rożnowska

Podarunek


 

          To był bardzo trudny dzień
          Bez natchnień twórczych, bez marzeń, bez radości,
          Obarczony troską o codzienny bieg zdarzeń,
          Nie utrwali się we wspomnieniach
          A jednak?
          Ten wiersz został mu podarowany
          Bo jest w nim pewność,
          Że jutro się odmieni,
          Przyjdą wierni przyjaciele i przyniosą z sobą,
          Siłę ramion wspierającą, uścisk dłoni
          I przyjaźń nigdy nie gasnącą,
          Która walczy i broni swych przyjaciół
          Przed kłamstwami
          O! Jak wielka jest potrzeba jej istnienia
          Bo to jest niełatwa sprawa zło w dobro zamieniać
          Ale przyznać trzeba, że przyjaźń jest dla ludzi
          Podarunkiem nieba,
          Bo szanuje dobro, walczy ze złem i prawdę wybiera.

 


powrót do spisu treści


Ludmiła Raźniak

Do Maestro Chopina
(impresja nocna)


 

          gdy deszcz jesienny
          jak w klawisze uderza w parapet
          dżwięki Twego nokturnu Maestro słyszę
          niebo łzami smutku żegna dojrzałe lato
          wiatr akompaniamentem przeciągłym
          wtóruje

          na złocistych liściach bogactwo jesieni
          targane przeznaczeniem
          piruety zatacza w pożegnalnych ukłonach
          smutek jak ogon komety...
          nokturn ostatnie akordy żałosne
          roztacza...

 


powrót do spisu treści


Ewa Borowiejska

***


 

          Szła para
          trzymając się
          za ręce

          Wchodzili powoli
          w odurzający
          zapach
          czeremchy i jaśminu

          Otuleni
          tym zapachem
          całowali
          swoje osiemdziesiąt lat

          Moje serce
          płakało

 


 
***


 

          A Rh -
          to grupa krwi
          pasterzy
          i siewców

          Taki był -
          siał
          wiarę, nadzieję, miłość

          Pasł owieczki
          swoje i nie swoje

          Każdą przytulał
          do serca
          strudzonego
          bolącego
          ufnego
          i kochającego
          Mam
          taką samą
          grupę krwi

          To zobowiązuje

 


powrót do spisu treści


Agata Łaska

PIELGRZYMKA

Moim marzeniem było i jest co roczne uczestnictwo w pieszych pielgrzymkach z różnych miast polski. Czułam się tam bardzo dobrze, ludzie darzyli mnie życzliwością sympatią i miłością. Ponieważ na co dzień jestem mieszkanką Częstochowy, nie miałabym możliwości uczestniczenia w pielgrzymkach. Dlatego razem z innymi jadę do Warszawy, skąd wyrusza największa Ogólnopolska Pielgrzymka Warszawska. Spotykają się tam ludzie z różnych miast i miasteczek, a także z wiosek. I nie ważne kto skąd jest, ważne jest to co nas tutaj do Warszawy przywiodło. Wyruszamy z Warszawy o świcie, podzieleni na grupy. Każda grupa ma swój identyfikator. Obecność moja na pątniczym szlaku dała mi dużo szczęścia. Czułam, że pielgrzymując zbliżam się do Boga. Modliliśmy się i śpiewaliśmy. Głoszone konferencje przez księdza przewodnika, pozwoliły mi zrozumieć na czym polega wiara chrześcijańska oraz to, że muszę dawać sobie radę w życiu pomimo wielu trudności. Codziennie, podczas wędrówek, uczestnicząc we mszach świętych śpiewane były pieśni pielgrzymkowe. Noclegi były w rozmaitych miejscach, w stodołach, w prywatnych kwaterach, czyli tam gdzie ludzie o wielkich sercach udostępnili nam miejsce spoczynku. Posiłki organizowaliśmy we własnym zakresie. Obiadami częstowali nas na plebaniach gospodarze parafialni. Jedzenie przygotowane przez ludzi o dobrym sercu smakowało wyjątkowo. Ile dobra wokół nas można wciąż jeszcze spotkać. Bardzo sobie cenię trud pieszego pielgrzymowania. Zawsze, gdy tylko zbliżają się wakacje, przychodzi miesiąc lipiec i sierpień to wiem, że nadszedł mój czas wędrówki. Podczas pielgrzymki idą z nami służby medyczne, lekarze i pielęgniarki. Służby medyczne udzielają pomocy pielgrzymom. którzy źle znoszą trud pielgrzymowania np. osobom starszym, chorym, wszystkim potrzebującym. Biorąc udział w pielgrzymce każdy pątnik zwraca się do siebie bracie - siostro, dlatego czuję się jak członek wielkiej rodziny, w której panuje miłość, dobroć i zrozumienie. Mamy też swoje obowiązki i reguły. Każdy pątnik musi się podporządkować służbom pielgrzymkowym i kierownikowi grupy, do której jesteśmy zapisani w czasie wędrówki. Surowo zabronione jest kąpanie się w stawach, rozpalanie ognisk w lasach. Wyruszając na pielgrzymkę wiemy, że będziemy wędrować w czasie upału lub też w trakcie burzy i padającego ulewnego deszczu. Nie ważne są wichury, ulewne deszcze, upał i susza, mimo wszystko idziemy z wielką radością do Klasztoru Ojców Paulinów. Zmęczeni i utrudzeni po trudach pieszego pielgrzymowania spotykamy się przed obrazem Matki Boskiej aby podziękować za wszystko co dla nas zrobiła. Niektórzy wyruszają przed obraz , aby wyprosić potrzebne łaski dla siebie i całej swojej rodziny. Wiara, że zostaną wysłuchani czyni cuda. Osobiście gdy wyruszyłam na pieszą pielgrzymkę to odczułam naprawdę wielką radość. Uczestnictwo umacnia mnie w wierze, że Pan Bóg nie chce abym została zepchnięta na samo dno, inni ludzie są tacy sami jak ja i mają swoje problemy, pomimo wszystko potrafią czerpać radość z daru życia. Wiem, że nie jestem sama. Wokół nas są dobrzy bracia i siostry, na których pomoc mogę zawsze liczyć. To inni ludzie pomagają mi rozwiązywać moje osobiste problemy. Wokół nas jest wiele dobra i miłości, tylko trzeba poszukać, a nie zastygać w miejscu. Ja znalazłam miłość, wiele miłości uczestnicząc w pielgrzymce. Ta dawka dobroci pozwala mi przetrwać trudne momenty mojego życia. Ponieważ od kilku lat uczestniczę w pielgrzymce, co roku wyznaczam sobie nowa intencję, która dodaje mi siły i wiary, że każda trudność można pokonać, bez względu na przeciwności. My ludzie niepełnosprawni musimy podejmować trudy życia, zmagać się z ludźmi, którzy nas nie tolerują, walczyć o to do czego mamy prawo. W tym roku, też wybieram się na szlak wędrówki przed oblicze Matki Przenajświętszej. jestem sama. Wokół nas są dobrzy bracia i siostry, na których pomoc mogę zawsze liczyć. To inni ludzie pomagają mi rozwiązywać moje osobiste problemy. Wokół nas jest wiele dobra i miłości, tylko trzeba poszukać, a nie zastygać w miejscu. Ja znalazłam miłość, wiele miłości uczestnicząc w pielgrzymce. Ta dawka dobroci pozwala mi przetrwać trudne momenty mojego życia. W tym roku, też wybieram się na szlak wędrówki przed oblicze Matki Przenajświętszej.


powrót do spisu treści


Krystyna Szpiech

WSPOMNIENIE


 

          Wyszli razem w góry
          Szli mozolnie na piekielnie
          Wysoki Szczyt
          Ona odmroziła ręce
          Ale byli szczęśliwi razem
          Wyszeptał zbielałymi ustami
          Kocham góry Ciebie
          i gwiaździste niebo
          Nie wiedzieli, że to ich
          ostatnia wyprawa
          Pozostał na zawsze
          w szczelinie lodowca
          Ona wciąż czeka na
          niespełnioną miłość

 


 
BEZ TYTUŁU


 

          Mała drobna
          mądra kobieta
          Mistrzyni "planu filmowego"
          Odepchnięta z teatru
          Samotna - kto umiał
          by ją zrozumieć
          Dostała główną rolę
          i to jaką
          Czemu nie dostała
          więcej głównych ról
          Może to zazdrość
          Czyjaś głupota
          Ja ją kocham
          Była niepowtarzalna

 


powrót do spisu treści

Piotr Warzecha
Basen - pastel, 51x37

GALERIA O FUNDACJI AKTUALNOŚCI WOJCIECH TATARCZUCH STRONA GŁÓWNA

Webmaster: Justyna Kieresińska