Katarzyna Barszczewska

Fot. Katarzyna BarszczewskaUrodziłam się 13 października i już wiedziałam, że to nie najlepszy moment - nie dość, że 13 to jeszcze w niedzielę. Na" trzynastkową" nowinę nie trzeba było długo czekać. Diagnoza lekarska krótka choć przerażająca - dziecięce porażenie mózgowe, ale czego mogłam oczekiwać po takim dniu. Nowina choć okrutna to jednak nie całkiem paraliżująca. Przecież jakoś żyć trzeba, a nie każdemu życie układa się tak, jak to sobie wymarzył. Już chyba wtedy wiedziałam, że czeka mnie ciężka szkoła życia. Same dzieciństwo wyglądało, jak na pechowca przystało, następująco - trochę w domu, więcej w szpitalu - a jeszcze więcej w sanatoriach w całej chyba Polsce. Cały jednak czas miałam nadzieję, że jakoś to się w końcu ustabilizuje i będę mogła na stałe zamieszkać - jak każde inne dziecko - z rodzicami we własnym domu. Tak na tych tułaczkach dobrnęłam do wieku szkolnego. W wieku 7 lat byłam bardzo ciekawa i otwarta na wiedzę. Nadszedł czas nauk - czas szkoły. Ponieważ siedziałam na wózku pobierałam nauki w systemie indywidualnym (szkoły integracyjne to dużo późniejszy wynalazek).

Los przydzielił mi na moja pierwsza nauczycielkę starszą?, zmęczoną życiem i chyba pracą, panią. Przychodziła do mnie ciągle znużona, drzemała sobie na lekcjach - a ja byłam taka ciekawa i żądna wiedzy. Kiedy chyba już w IV klasie rodzice poprzez szkołę chcieli zwrócić uwagę mojej pani, to tylko wsadzili kij w mrowisko. Przecież moja pani była przekonana, że takiemu dziecku jak ja to wystarczy jak nauczę się czytać i rachować. Na monity i skargi rodziców znalazła sposób. Postarała się o to, żeby kuratorium zdecydowało o przeniesieniu mnie do szkoły specjalnej. Ale czego od życia mogło oczekiwać dziecko urodzone 13. W ten sposób straciłam 3 długie lata, bo przecież nie byłam niedorozwinięta. Cała jednak nadzieja, że coś można zmienić na lepsze, w rodzicach. Tylko uporowi mamy zawdzięczam, że moja edukacja nie stanęła na ukończeniu szkoły specjalnej. Dreptała i wydeptywała ścieżki wszędzie żeby to zmienić. Pociągała za wszystkie możliwe sznurki ale dopięła swego. Oczywiście nie obeszło się bez specjalnych egzaminów, testów psychologicznych, wywiadów i nie wiem czego jeszcze, ale udało się przekonać niedowiarków, że w mojej głowie jest wszystko w należytym porządku. Jaka ja byłam szczęśliwa, że mogłam powrócić do normalnej szkoły. Nie było to jednak takie proste bo przecież urodziłam się 13. Powrót do normalności musiał iść też po grudzie, bo musiałam cofnąć się do V klasy i w ten właśnie sposób straciłam 3 lata ze swego niezbyt długiego życiorysu. Z całych sił chciałam pokazać całemu światu, że decyzja była słuszna i już do ukończenia szkoły otrzymywałam świadectwa z czerwonym paskiem. Zapomniałam nawet o swoim trzynastkowym pechu - tak byłam zajęta zdobywaniem wiedzy, że nie miałam czasu na rozpamiętywania. Tym bardziej, że trafiła mi się niecodzienna okazja, jakby nagroda za wyniki w nauce. Mogłam na 12 dni wyjechać do Francji. Zaskoczenie było tym większe, bo właśnie wprowadzono stan wojenny. Jednak ludowe państwo nie chciało zadzierać z kościołem i wybrałam się na pierwszą, zorganizowaną pielgrzymkę do Lourdes na całe pięć dni oraz zwiedzanie Paryża przez pozostałe 7. Wrażenia niesamowite, ale to temat na inna "powieść" tym bardziej, że nie skończyło się na Francji - byłam także we Włoszech aby za tę pielgrzymkę podziękować Ojcu Świętemu - ale o tym też kiedy indziej - teraz opiszę sprawy bardziej przyziemne.

Zachęcona dobrymi wynikami w podstawówce postanowiłam iść za ciosem. Poszłam do ogólniaka. Nie było to już tak proste jak ze szkoła podstawowa. Czego jednak nie dopnie człowiek uparty. Dotrwałam do końca i mimo, że nie zdawałam matury to jednak ukończyłam liceum ogólnokształcące. Tak się rozochociłam tym zdobywaniem wiedzy, że nie wiedziałam kiedy skończyć. Postanowiłam kształcić się dalej i zapisałam się na studium informatyczne w dziedzinie przetwarzania danych. Te dwa lata to prawdziwa orka. Mama dowoziła mnie na zajęcia tramwajami - było bardzo ciężko. Ktoś jednak wpadł na zbawienny pomysł i powstał TUS. Ci sympatyczni ludzie zawozili na i przywozili mnie z zajęć. Tylko ktoś doświadczony tak jak ja wie jaka to ulga. Z niemałym wysiłkiem, a wręcz pełną determinacją udało mi się także ukończyć studium. Mimo to, że byłam już w miarę wykształcona siedziałam bezmyślnie w domu, nudząc się wyglądałam przez okno i myślałam co mnie jeszcze więcej może ciekawego spotkać. To właśnie wtedy ktoś tam z góry przypomniał sobie o mnie, że to ja jestem ta dziewczyna urodzona 13.

Znów przyszedł czas chorób i bólu. Okazało się, że moje nogi wymagają " reperacji ". Trzy operacje obu nóg i ponad pół roku z nogami w gipsie. To było okropne. Człowiek unieruchomiony na dobre bo nogi w gipsach całe tzn. do samej... Nastał czas rozmyślań, wspomnień chwil miłych i wątpliwe plany na przyszłość. Odcierpiałam co swoje, wyleczyłam odparzenia i w dalszym ciągu nie wiedziałam co dalej. Próby przyjaźni - nie zawsze trafne - i kolejne rozczarowania. W końcu cos zaświtało. Poznałam swojego dobrego ducha.
Poznałam panią Krystynę Wojakowską. To pani Krysia Wojakowska uzmysłowiła mi, że wcale nie jestem jedyna najnieszczęśliwsza, że moja niepełnosprawność nie jest powodem do zamknięcia się w czterech ścianach własnego mieszkania, że jest wiele osób tak samo jak ja, a może jeszcze mniej sprawnych niż ja. Jednak oni wszyscy działają? Nie grają w bezmyślne gry tylko, przynajmniej starają się coś robić. To pani Krysia wprowadziła mnie do Fundacji Pomocy Matematykom i Informatykom Niesprawnym Ruchowo. To tu poznałam wielu ludzi w sytuacji takiej jak ja - oczekujących zrozumienia. Tutaj też poznałam ludzi zaangażowanych w nasze sprawy - bezinteresownie chcących nam pomóc i w jakiś sposób nas ukierunkować i chociaż w niewielkim stopniu usamodzielnić. To w tutejszej salce komputerowej przekonałam się, że wiedza jaką wyniosłam po ukończeniu studium jest wprawdzie rozległa ale bardzo płytka - powierzchowna. W czasie mojej nauki jeszcze nikt nie słyszał o Internecie. To tu w Fundacji wszyscy wiedzieli co z nami robić. Poczynając od pani Hani i pani Krysi, które odbierały nas z "transportu" i pomagały zająć miejsca przy komputerach - do pani profesor, która dbała o to żeby te komputery były w należyty sposób wykorzystywane. To pani Agnieszka Żarnecka mobilizowała nas do cierpliwości i wytrwałości.

Dzięki Fundacji ukończyłam kurs Internetu, na którym Ela Urbanek nauczyła nas otwierać komputerowe okno na świat i posługiwać się pocztą elektroniczną.

Dzięki Fundacji, a w niej pani Basi Woźniak mogę wyżywać się w Internecie ponieważ pani Basia wyposażyła mnie w możliwie dobry komputer z modemem najnowszej generacji. Mój komputer też był w pełni profesjonalny, ale ponad 10 lat temu. Bezproblemowo mogę działać w uruchomionym przez pana Krzysztofa Markiewicza "Internecie dla Niepełnosprawnych", ponieważ udostępnił mi nieodpłatnie konto na naszym serwerze IdN1, gdzie mogę działać zarówno na "witrynie" jak i korespondować z ludźmi z całego kraju o zainteresowaniach podobnych do moich. Ciarki przechodzą mi po plecach na myśl, ze gdyby nie pani Krystyna Wojakowska, nawet nie wiedziałabym o istnieniu takiej Fundacji i o tylu życzliwych ludziach.

Oczywiście moje życie nie ogranicza się do samej Fundacji. Jednak podbudowana jej działalnością zaczęłam się udzielać w innych organizacjach. Ponieważ lubię muzykę poważna nawiązałam kontakt z grupa młodych ludzi w założonej przez pana Terleckiego " Młodej Filharmonii ". Jest to grupa wolontariuszy, którzy starają się umilić wolny od zajęć czas ludziom niepełnosprawnym, organizując im wyjazdy na koncerty do Filharmonii Narodowej, ale nie tylko. Wyjeżdżamy także na spotkania przy herbatce, czy na jakieś imprezy plenerowe - ogniska itp.

Jak już na wstępie wspominałam jestem zapalona podróżniczka. Nawet już jutro tj. 16.06 wyjeżdżam na turnus rehabilitacyjny do Polańczyka. Nie jest to moja pierwsza podróż po kraju. Bywałam już na takich wywczasach w Busku, Spale, Mielnie i Wagrowcu.

Moja kolejna pasja jest przyroda. Kocham wszystkie zwierzęta. Mam w domu psa - Morusa - który jest moim najwierniejszym przyjacielem ze wszystkich czworonogów. Mam również kota, dwie papugi i rybę w akwarium. Jest to welon i jest u mnie na "dożywociu". Jest sam bo przeżył wszystkich pobratymców. Ma już ponad 18 lat - więc jest pełnoletni i przysługują mu pewne przywileje. Nie mogę do niego wpuścić żadnych małych rybek bo by je natychmiast zjadł, ani też żadnych większych bo by mu dokuczały albo obgryzały.

Mam gorąca nadzieję, że po powrocie z Polańczyka będę wypoczęta i pełna zapału do dalszej pracy w Fundacji. Bardzo chciałabym wziąć udział w jakimś kursie rokującym pracę zarobkowa. Chociaż mam wypracowana rentę, to jednak jest ona najniższa z możliwych. Trzeba zauważyć, że nasza sytuacja finansowa coraz bardziej się pogarsza. Przez to, że waloryzacja rent odbywa się procentowo to największe podwyżki dostają ci którzy maja renty i tak już duże, a nasze drepczą w miejscu albo wręcz relatywnie się zmniejszają. Nie wiem na czym ten nowy kurs miałby polegać - może jakieś podstawy księgowości komputerowej, która to można by prowadzić w domu. Może kurs telepracy o której to mówi się coraz więcej. Myślę, że w mojej sytuacji i stopniu niepełnosprawności praca w domu byłaby najlepszym wyjściem.

Tak się rozpisałam, że prawie zapomniałam o mojej 13. Mam nadzieję, że mając tylu przyjaciół oraz osób życzliwych wokół siebie to już jakoś poleci, że teraz to już będzie z górki

Urodzona 13
Katarzyna Barszczewska

HOME | Strony osobiste |